Byłem tak oszołomiony jej urokiem, że gdyby w tej chwili wymagała, abym popełnił nawet zabójstwo, kto wie, czy oparłbym się. Korzystając teraz z jej przychylności dla mnie, delikatnie objąłem jej kibić i zaproponowałem nieśmiało, by udała się ze mną do hotelu.

— Dlaczego do hotelu? — filuternie zapytała. — Czy tu ci źle ze mną?

— Tu przecież nie można — odparłem, pokazując na drzwi, za którymi byli rodzice.

— To mi wcale nie przeszkadza — odparła. — Tylko powiem ci prawdę... dziś nie mogę...

— Dlaczego? — nalegałem, przyciskając ją namiętnie do siebie.

Tu szelmowsko szepnęła mi do ucha: „Mam m... więc trochę zaczekaj”.

Wziąłem to za wykręt z jej strony i począłem nalegać.

— Więc dobrze — rzekła po chwili namysłu — położymy się spać do mojego łóżka, ale daj słowo, że mnie nie dotkniesz — śmiała mi się cynicznie w oczy.

— Co do tego, nie obiecuję. Powiedz sama — mówiłem, przyciskając ją do siebie z całych sił — czy to byłoby możliwe z tobą, rozebraną, leżeć w jednym łóżku i nie tknąć cię? To jest nad moje siły — dodałem.

Roześmiała się.