— To jest medal za strzelanie, ja nigdy nie chybię, możesz uciekać. — Roześmiał się.

Żołnierze, obserwując nas, klepali go po ramieniu, śmiejąc się, a jeden żołnierz, widać Polak, odezwał się do mnie po polsku:

— Możesz uciekać i spróbować, czy Franc dobrze strzela — i mrugnął do mnie znacząco.

Ja doskonale zrozumiałem, że on by nie wiem co dał, abym zwiał temu Niemcowi. Więc postanowiłem uciec, żeby się nie zawiódł na mnie.

Franc pod samym moim nosem ładował karabin, pokazując mi przy tym kule, i jeszcze raz mnie napomniał groźnie, że za najmniejszym ruchem zastrzeli mnie.

Los! — zakomenderował i ruszyliśmy w drogę.

Żołnierze rzucili Francowi dwuznaczne słowa, żeby dobrze na mnie uważał. Muszę tu zaznaczyć, że „za Niemców” cywilnym nie wolno było przechodzić przez mosty od godziny dziesiątej wieczór do czwartej rano.

Przeszliśmy pierwszy most, gdzie żołnierz nas przepuścił, a następnie drugi most, po czym zmuszeni byliśmy z powodu błota na szosie iść z boku po ścieżce wydeptanej przez przechodniów. Niemiec od czasu do czasu przyświecał mi drogę lampką, trzymał się równo ze mną, tak że starał się ocierać o mnie. Wyczułem drżenie w jego głosie, kiedy po przekroczeniu drugiego mostu począł mnie wypytywać, skąd jestem i czy mam żonę lub narzeczoną. Pytał także, czy mam siostrę i czy ładną. Starałem się spokojnie mu odpowiadać. Mówił mi też, że na Feldpolizei tylko sprawdzą coś i zaraz mnie uwolnią.

Myślałem gorączkowo, jak mu tu „najechać”. Już pół drogi przeszliśmy i nic jeszcze nie postanowiłem. Wiedziałem o tym dobrze, słysząc na liście moje nazwisko z Niemiec, że gdy zajdę tam na Feldpolizei, jestem zgubiony.

Droga od Ł. do mostu jest sypana groblą na wysokość dwóch metrów, a w niektórych miejscach i więcej. Z obu stron w pewnej odległości od siebie stoją drzewa. Starałem się nieznacznie popchnąć go do brzegu, udając, że tu nie mogę iść w błocie.