Niemiec, nie orientując się zupełnie, do czego dążę, kazał mi przejść na drugą stronę do szosy, a sam szedł przy brzegu grobli. Serce mi biło tak gwałtownie, że począłem głośno rozmawiać, by się nie zdradzić z myślami. Wtem niespodziewanie wymierzyłem mu z całej siły cios w twarz, tak że momentalnie potoczył się w dół i zacząłem uciekać, będąc pewnym, że tu po drodze nikogo już nie spotkam. Przy samym mieście dopiero zwolniłem kroku i podążyłem na jedną z „melin”, gdzie przespałem się do rana. Rano posłałem po Franię i kazałem sobie przynieść inny garnitur i palto, mówiąc jej, że muszę wyjechać na kilka dni.
Próbowała się dowiedzieć, co to ma wszystko znaczyć. Jednakże nic jej nie opowiadałem i wyjechałem tym razem do Wilna.
Dawno już nie filozofowałem. Nie wiem naprawdę, co jest ze mną, czuję to sam, że ostatnie moje rozdziały jakoś źle opisuję. Już od przeszło trzech miesięcy przestałem pisać swój pamiętnik, z którego, przyznam szczerze, nie jestem zadowolony. Dręczy mnie trochę brak wymowy w języku polskim.
Wiem to i rozumiem, że teraz, żyjąc w samotności, w murach więziennych, przemyśliwując po raz setny swoją przeszłość, gdyż nic do roboty tu nie pozostaje, zawsze będę tu sam, a ze mną tylko moje zbrodnicze wspomnienia. Zdawało mi się, że mam pewną zdolność, o której do tego czasu nie pomyślałem, to jest, usiłowałem opisać historię mojego nędznego życia, które mnie kiedyś tak pociągało, a któremu nie umiałem się oprzeć. Teraz, gdy mam trzydzieści pięć lat, budzi się we mnie tylko wstręt do przeszłości. Sam nie traktuję swojej bazgraniny zupełnie poważnie. Wiem to z przekonania, że ludzie po długoletnim pobycie w więzieniu dziecinnieją lub wariują. Więzienie to kraj ludzi chorych na manię wielkości. Jeden sobie marzy w celi pojedynczej o zdjęciu gwiazdy z nieba, drugi obmyśla dokonanie jakiejś genialnej zbrodni po wyjściu na wolność.
Tu, w ciszy pojedynczej celi więziennej ma on czas, by po raz setny przemyśleć swoją przyszłą zbrodnię z matematyczną dokładnością, zanim jej dokona. Wszystkie rekordowe przestępstwa, dokonane wprost genialnie, są obmyślane starannie i szczegółowo w pojedynczej celi więziennej. Pojedynka jest matką zbrodni.
Tu też po dłuższym czasie staje się on filozofem, poetą, wynalazcą, artystą, a nareszcie idiotą lub „Kürtenem, upiorem z Düsseldorfu”.
Podlegając temu prawu, podczas pierwszego pobytu w pojedynczej celi już zacząłem pisać wiersze. Z braku jednak materiału piśmiennego, który był wówczas srogo wzbroniony dla więźniów, drapałem wiersze na ścianie i uczyłem się ich na pamięć. Teraz, po kilkuletnim pobycie za kratami w pojedynczych celach, próbowałem niepewną ręką pisać nowele i powieści, oparte na materiale osobistych przeżyć. Nieraz spłodzę i wiersz niedołężny. No i nareszcie wziąłem się do napisania pamiętnika. Wątpię tylko, czy znajdę dla niego chętnych czytelników.
Ale cóż mam robić?
To nie jest moja wina... Winna jest ta przeklęta jedynka. Ona to zrobiła ze mnie nieuleczalnego grafomana. Przyznam się szczerze, że zniszczyłem już kilka razy swoje nieszczęsne utwory, wszakże spokoju nie zaznałem, dopóki nie pozbierałem tych podartych arkuszy i nie zlepiłem, by je przepisać na nowo.
Nieraz bierze mnie chęć, by spalić i połamać materiały piśmienne. Wtedy to skupiam całą siłę woli, by tego nie uczynić, znając siebie, że nie przeżyłbym tej straty. Na przykład, z pamiętnika swego już przy końcu roku 1930 miałem napisanych trzydzieści rozdziałów na czysto i cóż? Popadłem w taki szalony moment, któremu nieomal każdy więzień ulega, i podarłem to wszystko. Na razie poczułem jakby pewną ulgę, trwało to jednak zaledwie do wieczora, zbierałem na nowo strzępy papieru, by skleić i znów na nowo przepisać. Pracowałem następnie cały tydzień nad ułożeniem kawałków i nic mi z tego nie wyszło. Ze złości chciałem to już wyrzucić, jednakże znając i swoją słabą stronę, złożyłem starannie i zabrałem się na nowo do pracy.