— Pewnego wieczora w kilka dni po otrzymaniu „książki”220, na rogu jak zwykle, spacerując tam i z powrotem, szukając sobie zarobku zauważyłam, że za mną krok w krok idzie jakiś mężczyzna elegancko ubrany. Obejrzałam się parę razy w jego stronę, uśmiechając się, by mu dać do zrozumienia i ośmielić go. Ten nie dał po sobie poznać, tylko kroczył uparcie dalej za mną. Nareszcie mnie to już zgniewało i zwróciłam się do niego z pytaniem, dlaczego tak uparcie mnie śledzi, po co za mną tak chodzi i czego sobie życzy. Stanął przy mnie, kłaniając mi się za każdym słowem, i niezrozumiale przepraszał mnie. Zaczęłam mu tłumaczyć, że może śmiało ze mną mówić i przedstawić, czego chce. Wówczas ukłonił mi się do samej ziemi, mówiąc mi takie komplementy, jakich nigdy jeszcze od nikogo nie słyszałam. Pomyślałam, że jest to człowiek nie z naszej sfery. Jak wiadomo, mężczyzna z naszej sfery z takimi kobietami jak my nie robi żadnej „ceremonii” i od razu przystępuje do rzeczy. Ale z elegantem to rzecz inna, trzeba z nimi ostrożnie, trzeba wysłuchać wpierw kupę komplementów i zachwytów, zanim półsłówkami daje do zrozumienia, o co mu chodzi. Ten tak samo, po dłuższej wspólnej przechadzce zaproponował mi dopiero, abym na drugi dzień o godzinie dziesiątej w nocy przybyła do jego domu na ulicę D... pod nr X, gdzie mieszka i tam ma do mnie pewien interes. Wyjął przy tym dwadzieścia pięć rubli, mówiąc: „Niech pani będzie tak łaskawa na razie to przyjąć, a jak pani dotrzyma słowa, to jeszcze trzy takie banknoty dopłacę”. Obiecałam mu, że na pewno przyjdę. Sto rubli nie chodzi piechotą, pomyślałam i akurat to było na samym początku, jak się puściłam i potrzebne mi były pieniądze.
Na drugi dzień wieczorem o umówionej godzinie przyszłam do niego. Drzwi otworzył mi ten sam jegomość, ubrany był cały na czarno. Wziął mnie zaraz od progu pod ramię i poważnym krokiem przywiódł mnie przez poczekalny pokój, pchnął potem drzwi do bocznego pokoju i zaraz na progu stanęłam przerażona. Cały pokój był również ubrany na czarno, nawet umeblowanie. Na środku stał stół, okryty na czarno, a na nim stała wielkiego rozmiaru trumna. Nad stołem zwieszały się dwa pałąki z płomiennymi świecami, a w wezgłowiu trumny stały też dwa lichtarze z zapalonymi świecami. On, widząc moje wahanie i przerażenie, objaśnił mi błagalnym przerywanym głosem:
— Proszę się nie obawiać, nic złego nie myślę pani tu uczynić i nic się pani tu nie stanie. Widzi pani — tu zniżył głos, żem go ledwie zrozumiała — ten obraz kobiecy wiszący naprzeciw trumny, to była moja ukochana żona, z którą żyłem zaledwie pięć miesięcy i umarła. Pani ma pewne podobieństwo do zmarłej. Za podobizną taką już od dłuższego czasu się uganiałem, ale zawsze było to daremne, aż nareszcie panią znalazłem. Błagam panią, aby pani się rozebrała zupełnie do naga i położyła w trumnie, tam jest wyścielone bardzo wygodnie i... wtedy wyobrażę sobie, że mam stosunek z nią. Niech pani mi tego nie odmówi, błagam, zlituj się pani nade mną, wiele pani tylko zechce, zapłacę i proszę mi zupełnie zaufać.
Widząc, że faktycznie mi nic złego tu nie grozi, zgodziłam się pod warunkiem, że tylko jeden raz... Nie zdążyłam przekroczyć progu do tego żałobnego pokoju, jak mnie uchwycił uradowany i wniósł delikatnie do tego pokoju, posadził na kanapę, a następnie pomógł mi się rozebrać. Przy zdjęciu pantofli obsypywał mi nogi namiętnymi całusami, że mnie aż wstyd było. Gdy już byłam na pół naga, podał mi jedwabną, krótką koszulkę, prosząc, abym to na siebie włożyła, po czym uchwycił mnie wpół, czego mu nie broniłam i złożył w trumnę. Strach mnie ogarnął, gdy się do mnie zbliżył. Twarz jego wykrzywiła się z namiętności. Podczas aktu miłosnego wciąż mnie całował. Czułam już obrzydzenie, a zarazem litość do tego człowieka. Ten musiał naprawdę kochać swoją żonę aż do obłędu...
Tu zamyśliła się chwilę, patrząc w dal. Słuchaliśmy jej dziwnego opowiadania z zainteresowaniem, a słuchaczka przezwana „Władką z dużymi cyckami”, podrażniona tym opowiadaniem, pierwsza przerwała milczenie i nagle zawołała:
— No, dokończ, co się z tobą dalej stało?
Jadzia, jakby przebudzona ze snu, spoglądała na nas, jakby dopiero co zobaczyła nas i po ciężkim westchnieniu odparła:
— Co się miało stać ze mną? Nic złego on mi tam nie zrobił. Odprowadził mnie potem do drzwi z honorami, prosząc, abym raz na miesiąc go odwiedzała, co też przez czas jakiś chętnie czyniłam. Zarobek od dziwnego człowieka dał mi możność wyżywienia i nie potrzebowałam wychodzić na róg ulicy.
Aż pewnego dnia z wieczora, gdy tam przybyłam, ujrzałam przed jego domem grupkę ludzi, rozpowiadali coś między sobą półgłosem. Coś mnie tknęło i poczęłam się dopytywać, co tu takiego zaszło. Dopiero dowiedziałam się, że on tegoż dnia po obiedzie zastrzelił się, co było do przewidzenia. Zaraz też zawróciłam do domu, obawiając się jakiegoś śledztwa. Nikt jednak o mnie nie myślał.
— Tak — dodała — straciłam dobrego gościa, sto rubli to nie żart, no i był bardzo dobry dla mnie, robił mi różne podarki — zakończyła, uśmiechając się smętnie.