Zanotował nazwiska osób, które miały zaświadczyć, że to moja własność. Nazwiska podałem, jakie mi na myśl przyszły. Wolałem stracić rzeczy niż wolność. Potem w towarzystwie Jadzi opuściłem komisariat.
Jeden dzień bawiłem jeszcze u Jadzi, którą z żalem musiałem pożegnać, i wyjechałem z powrotem do Ł.
LIV
Dwa tygodnie zaledwie upłynęło od mego wyjazdu z Ł., a zmuszony byłem wrócić. Wracałem tu nie bez obawy przed policją. Myśl, że czeka tam na mnie zmysłowa miłość Frani, pociągnęła mnie tam. Nie zwracałem uwagi na dręczące mnie przeczucie, że zbliżam się prędkim krokiem do zguby. Ale dokąd to mężczyzna nie podąży, gdy kobieta opanuje zupełnie jego zmysły. Przeczucie mnie nie zawiodło, o czym czytelnik się przekona.
Przyjechałem do Ł. wieczorem, w połowie kwietnia 1918 roku, więc wiosną. Jednakże w mojej duszy była zupełna zima. Na to składało się kilka przyczyn. Myślałem o tym, jak Frania mnie przyjmie. Dręczyła mnie też zazdrość. Znając jej usposobienie do mężczyzn, domyślałem się, że przez te dwa tygodnie na pewno nie próżnowała... Najgłówniejszą zaś przyczyną mojego smutku było to, że byłem nieomal ogolony z kosztowności i z forsy. Cały mój kapitał po hojnym obdarzeniu Jadzi stanowiło dwadzieścia marek.
Wiedziałem, że Frania, widząc mnie teraz po tak długim czasie, pomyśli, że zrobiłem jakąś tłustą robotę. Będzie sypać kaprysy jeden za drugim, domagając się nadto pieniędzy. Jednym słowem, z ciężkim sercem szedłem do swojej kochanej.
Zaraz też od progu zostałem przyjęty przez teściów z otwartymi rękoma. Za chwilę wyszła na moje przywitanie i Frania, przyjęła mnie bardzo życzliwie, wszakże zdziwiło mnie, że nie pociąga od razu do swego pokoju, skąd wyszła. Na pewno tam ma kogoś, pomyślałem, ale widząc jej spokojną twarz, uspokoiłem się trochę, nie odwracając jednak wzroku od drzwi jej pokoju.
Zadawała mi różne pytania, po czym pociągnęła mnie za sobą do swego pokoju. Obrzuciłem ciekawym wzrokiem to gniazdko, a mój bystry wzrok spostrzegł kilka szczegółów, co zazdrosnemu kochankowi dało dużo do myślenia. Najwięcej niepokoiło mnie uchylone nieznacznie okno, które wychodziło do ogrodu i wazon zestawiony na podłogę. Pomyślałem, że pewnie, gdy mnie tu usłyszała, wypuściła amanta tym oknem, to było powodem, że starała się mnie w kuchni zatrzymać.
Frania widać domyśliła się mego podejrzenia, przytuliwszy się do mnie zawołała:
— Co jesteś taki smutny? Już dawno nie śpiewałam, moje kochanie, może cię rozweselić? — Zdjęła gitarę, usiadła mi na kolanach i poczęła śpiewać miłosne piosenki.