— A nie pocałujesz mnie na fant? — spytała i nadstawiła różowy policzek z tymi słowami: — Kochasz ty Franię, to pocałuj ją tu — przy czym paluszkiem wskazała mi miejsce, gdzie mam ucałować.
Wykonałem i ten nie pierwszy już jej kaprys i zabierałem się do wyjścia. Do moich uszu doleciały jeszcze słowa jej matki:
— Niech pan przyjdzie prędzej na obiad.
— Dobrze, dobrze — powiedziałem i wyszedłem.
Na dworze już było ciepło, a wiosna obudziła się zupełnie, wchłaniałem w siebie świeże powietrze po spędzonej nocy w dusznym pokoju kochanki, gdzie oddychałem powietrzem przesyconym tanimi perfumami i innymi rzeczami o specyficznych zapachach kobiecych. Czułem się prawie dobrze, gdybym jeszcze miał forsę i mógł te obiecane dwieście rubli dać Frani! Szedłem tak zatopiony w myślach w kierunku Rybaków.
Rybaki to długa ulica nad samą Narwią. Tam w pewnym domu u pasera spodziewałem się otrzymać tę sumę i zarazem zobaczyć się ze wspólnikami, których spodziewałem się u niego zastać.
Paser przyjął mnie życzliwie, dopytując się, gdzie się tak długo chowałem i że wspólnicy niepokoili się o mnie, nie wiedząc, co się ze mną stało. Mówił mi też, że zaraz usłyszeli o historii z tym żołnierzem, który został rzucony w przepaść przez uciekającego, a który nieomal tam zmarł. Opowiadał mi, że dopiero po jakichś dwóch godzinach zauważono na posterunku, że go jeszcze nie ma z powrotem, komendant wysłał dwóch żołnierzy na poszukiwanie, ci usłyszeli jęki dochodzące z dołu, z którego go zaraz wydobyto. Był tak potłuczony o karcze221, które tam rosły, że musiano go odesłać do szpitala, wspólnicy, słysząc o tym, zaraz się domyślili, że to twoja robota, ale nikt nie wiedział, gdzie jesteś. Rano aresztowano każdego, kto tylko wpadł pod rękę, ale na nic to się nie przydało.
— Radzę ci ostrożnie kręcić się po mieście, bo który z Niemców może cię poznać — zakończył.
Zaraz też jego żona postawiła poczęstunek, a chłopca wysłano dla ostrożności na zwiady, czy z policji ktoś nie kręci się w pobliżu domu.
— Może masz co dla mnie? — nagle zapytał paser.