Zrozumiałem, że mi nie wierzy, co mnie wcale nie zdziwiło. W tej sferze nikt nikomu nie wierzy. Dopiero jak się ściemniło, przybył Niemiec, przywitał się poufale z młodą, drugą już żoną pasera. Widać, że ona miała wpływ na niego. Potem paser zapoznał mnie z nim i po chwili we trzech udaliśmy się do Joska. Josek mieszkał na tej samej ulicy, o parę domów tylko od pasera. Był to podług oceny pasera „powstaniec”225. W gałęzi paserskiej ten chciał go koniecznie zniszczyć, a wiedział o tym, że mnie Josek zna, więc chętnie ode mnie kupi. W sieni drżącymi rękami wręczył mi paser biżuterię, po czym śmiało wszedłem. Zastałem Joska akurat przy kolacji. Prosił mnie z całym zaufaniem, bym wszedł dalej, zaraz zawołał na żonę, aby podała wódkę i zakąskę, przemawiając do mnie wesoło.
Początkujący paserzy starają się zawsze ująć złodziei. Josek, sam będąc młody, przybył tu niedawno z prowincji z młodą żoną. Dla oka, jak mówił, handlował końmi, a w samej rzeczy garnął się do paserstwa. Żal co prawda mi go było „nabrać”, ale potrzebowałem pieniędzy, a po drugie Josek był bogaty, jak o nim mówiono i doprawdy trochę krętacz.
Po chwili mnie zapytał:
— No i co słychać nowego?
— Nic takiego — odparłem spokojnie. — Przyjechałem wczoraj z drogi.
— Udało się wam, co?
— Tak, trochę tam zarobiłem.
— Nu, może dla mnie masz co?
— Prawdę mówiąc, mam, ale nie wiem, czy ty będziesz amatorem na takie coś.
— Co to jest takiego? — zapalił się Josek. — Ja wszystko od ciebie kupuję.