Żona podała mu z drugiego pokoju wypchany portfel.
— Cztery tysiące pięćset rubli, ani grosza mniej, to warte najmniej piętnaście tysięcy rubli — dodałem stanowczo.
Josek popatrzył na żonę, ta zauważyłem, kiwała mu głową na znak, że może dać.
— Dam ci równe cztery tysiące: o, tu są pieniądze. — I począł liczyć.
— Nie, nie mogę, nas jest do tego trzech wspólników.
Żona wtrąciła się.
— Ja was pogodzę, te pięćset rubli na pół zrobić, zgoda?
— Zgoda — powiedziałem i zacząłem liczyć pieniądze, wkładając je do swojego portfela.
Po ulokowaniu ostatniego banknotu głośno zakaszlałem. Drzwi nagle się otworzyły i Niemiec z rewolwerem w ręku stanął przed nami. Jedną ręką uchwycił mnie za kołnierz, a drugą położył na zawiniątko, którego nie zdążono sprzątnąć ze stołu. Udawałem, że drżę ze strachu.
Josek i żona stali jakby przykuci do miejsca, z rozwartymi oczyma, nie rozumiejąc, co tu zaszło.