Niemiec schował zawiniątko do kieszeni, a mnie założył łańcuszki na ręce, po czym zwrócił się do struchlałego Joska, że go tak samo aresztuje.
Josek i żona na te słowa odzyskali mowę i zaczęli prosić, że są nic nie winni. Ja zacząłem też błagać Niemca, że tylko co tu przyszedłem i że zaproponowałem im sprzedaż tego, ale kupiec tego ode mnie nie chciał kupić.
Josek, słysząc moją rozmowę z Niemcem, odzyskał zupełnie przytomność umysłu i uchwycił się moich słów. Mówił, że mnie wcale nie zna i że on, widząc tę biżuterię, domyślił się, że to jest kradziona i właśnie chciał mnie sam zatrzymać i posłać po policję. Niemiec udawał, że zaczyna w to wierzyć i wymierzył mi policzek, mówiąc:
— Ja już za tobą śledzę dwa tygodnie, teraz nie wymkniesz mi się z rąk.
Żona Joska zaczęła się uśmiechać do Niemca, a do mnie mrugnęła, abym pieniądze niepostrzeżenie zostawił. Udawałem, że chcę to zrobić, tylko że nie mogę. Niemiec spisał na miejscu protokół, obiecując, że kupiec będzie zawezwany jutro na policję, a na razie nie aresztuje go, do mnie zaś groźnie się zwrócił i wyprowadził mnie z mieszkania. Paser nas oczekiwał, stał za drzwiami i napawał się, jak mówił, rozkoszą.
Kawał ten doskonale się udał. Nie później niż na drugi dzień Josek wiedział, że padł ofiarą. Sam paser mu to mówił, śmiejąc się z niego, że dał się nabrać dwom złodziejom, z których jeden przebrany był za Niemca. Twierdził, że i u niego byli i chcieli go „skantować”, ale on za stary lis, mówił, by się dał na taki „kant” złapać. Josek cierpiał pewnie tym bardziej, że złodzieje i paserzy śmiali mu się w oczy, że jest taki „frajer” i jeszcze więcej był przygnębiony, że musiał milczeć, nie mogąc nawet meldować o tym do policji.
Przybyłem do Frani już kilka minut po ósmej, ale za to w różowym humorze, miałem znów pieniądze, a wyrzutów sumienia po dokonanym występku prawie nie miałem żadnych, tym bardziej, że skrzywdzonym tym razem był paser, a jak już poprzednio wspomniałem, złodziej nienawidzi pasera.
Frania stała już kompletnie ubrana do wyjścia do kina. Nie obyło się też bez wymówki za niepunktualność z mojej strony. Co prawda obawiałem się tam iść, bo mógłby mnie kto poznać, ale nie chcąc uchodzić w jej oczach za tchórza, zgodziłem się i razem wyszliśmy do kina.
W poczekalni kręciło się kilka kobiet i dwóch mężczyzn. Czekali tu widać na antrakt. Po naszym przybyciu, jakby na złość, zaczęło napływać więcej ludzi. Frania śmiała się na głos i rzucała mi różne uwagi. Wszyscy nieomal na nas patrzyli, a raczej na Franię.
Zachowywała się swobodnie i wyzywająco. Światło elektryczne robiło ją jeszcze piękniejszą. Strzelała oczyma na wszystkie strony ku przybyłym mężczyznom, tak że musiałem ją skarcić uwagą. Nic to jednak nie pomagało.