Rozmyślałem też nad słowami B., które do mnie w zaufaniu mówił. Wiedziałem, że on tylko tak mówi, a inaczej sobie myśli. Chce złapać mnie na gorącym uczynku, gdyż to było jego punktem honoru. Razu pewnego, gdy byłem u niego na obiedzie, chwalił się przede mną swoją znajomością fachu. Chcąc mu zaimponować, powiedziałem, że o ile on by nie miał donosicieli, byłby głupi jak but. Rozzłościł się wtedy i odparł dwuznacznie, że mnie kiedy przekona, kto jest głupszy. Potem dodał, żebym sobie to dobrze zapamiętał. Odpowiedziałem mu na to, że mnie nigdy nie schwyta na gorącym uczynku. Więc zrozumiałem teraz, że pomimo łapówek, które bierze, jak dużo innych z policji wówczas brało, odda mnie do „Czerwoniaka”, gdy tylko znajdzie dobrą okazję.

Samo już wspomnienie o „Czerwoniaku” i Rólu spędzało mi sen z powiek, popatrzyłem na Franię, która leżała przy mnie i pomyślałem: ta mnie zgubi, przez nią znów będę tam, a jednak do zerwania z nią czułem się zupełnie niezdolny...

Dobrze też o tym wiedziałem, że ona mnie nie kocha, a nawet sama mi o tym powiedziała, że nie wierzy w ogóle w miłość i że pod tym względem nic nie obiecuje. Co robić? Co robić?... Czuję, że ziemia, po której chodzę, pali mi się pod nogami i dni mojej wolności są policzone. Sen w kinie utwierdził mnie w tym przekonaniu.

Przy takich smutnych myślach zastał mnie poranek. Frania wciąż spała, a dopiero razem z porankiem się przebudziła. Twierdziła zawsze, że poranek jest najlepszą porą miłości i też nigdy podczas naszego pożycia o tym nie zapomniała. Chcąc nie chcąc, musiałem się oddać do jej dyspozycji...

Przy śniadaniu nieprzewidzianie doszło między nami do wymiany złośliwych słów i nieomal, żeby nie jej matka, doszłoby na dobre do kłótni. Powód ku temu był na pozór dość błahy, a jednak mnie to zabolało do głębi.

Gdyśmy siedzieli z Franią przy śniadaniu, zrobionym starannie przez jej matkę, weszła jakaś Żydówka z workiem na plecach, co „za stare nowe daje” i prosiła, czy nie ma tu czegoś na sprzedaż, że ona wszystko kupuje. Matka Frani odparła, że nic takiego nie ma. Kobieta z wytrwałością handlową zwróciła się po raz drugi do Frani, czy nie ma czegoś na sprzedaż. Frania powiedziała złośliwie:

— Nic tu nie ma, nie jesteśmy handlarzami.

Kobieta, nie dając jeszcze za wygraną, zwróciła się tym razem do mnie, widać poznała współwyznawcę. Spojrzałem na nią i żal mi się jej zrobiło, bardzo źle wyglądała.

— Doprawdy, co by jej tu sprzedać? — zawołałem do Frani.

Frania krzyknęła, tym razem ze złością: