— To parszywa Żydówka, sto razy jej mów, że nic nie ma, a ona tu stoi.

Zauważyłem, że kobiecie łzy stanęły w oczach. Spojrzałem piorunującym wzrokiem na Franię, powstałem z miejsca i wyciągnąłem parę moich prawie nowych kamaszy i podałem kobiecie ze słowami:

— Niech pani to kupi.

Kobieta niedowierzająco wyciągnęła rękę i nieśmiało spytała:

— Naprawdę pan sprzedaje?

— No tak, naprawdę.

— Wiele pan żąda?

— Niedużo, dwadzieścia marek.

Trzeba dodać, że ta para obuwia wtedy kosztowała sto osiemdziesiąt marek. Kobieta widać zrozumiała, że chcę jej dopomóc, drżącą dłonią położyła na stół wspomnianą sumę i dziękując ze łzami w oczach, wyszła.

Frania, widząc to, odezwała się do mnie.