— Gdyby ta kobieta nie była Żydówką, ciekawam, czy byś tak postąpił.
— Jeszcze lepiej postąpiłbym — zapewniłem.
Przyszło między nami do ostrej wymiany słów. Tylko jej matka złagodziła nasz spór i uznała, że dobrze zrobiłem.
Słowa „parszywa Żydówka” utkwiły mi głęboko w pamięci i poczułem od tej chwili jakby żal do Frani, że ona, wiedząc, kim jestem, nie liczyła się ze słowami i jawnie okazywała swój wstręt. Od tej pory między mną a Franią jakby coś stanęło i straciła u mnie dużo na wartości, sam nie potrafiłbym powiedzieć dlaczego.
Tegoż dnia przed wieczorem udałem się na umówione miejsce, gdzie miałem się spotkać ze wspólnikami. Po drodze spotkałem się oko w oko z żoną fryzjera, robiła mi wyrzuty, dlaczego się nie pokazuję, że uciekam od niej itd.
Zapewniała mnie, że ona jedynie mnie naprawdę kocha, na dowód czego prosiła, abym jutro o godzinie ósmej przybył tam, a ona wystara się męża gdzieś wyprawić i że ma mi ważną rzecz do zakomunikowania. Obiecałem, że o ile nie wyjadę, to na pewno przyjdę. Przyznała mi się, że wiedziała, iż tu będę i na mnie specjalnie czekała. Ponieważ miejsce, gdzie mnie oczekiwała, było nieoświetlone i słabo zaludnione, a w pobliżu stała jakaś rozwalona stara szopa, nie opuściła mnie wpierw, zanim jej po tak długim rozstaniu jako tako nie pocałowałem...
Ta kobieta była zaciętą samicą, gryzła i skomlała przy przybliżeniu się, jakby była przez samego diabła opętana. Gdym na następny dzień do niej poszedł, namawiała mnie do ucieczki z nią do Niemiec, a nawet dała mi do zrozumienia, że gotowa jest na wszystko, nawet męża zamordować. Pokazała mi przy tym swoją biżuterię i pieniądze, które były w jej posiadaniu, chcąc mnie zachęcić do swej propozycji.
Ta samica też odegrała ważną rolę w moim życiu, o czym jeszcze później nieraz wspomnę.
LVI
Tydzień mniej więcej po opowiadanych tu wypadkach przyszedłem, po dwudniowej nieobecności, do domu. Frania rozpromieniona podskoczyła do mnie i zaraz od progu zawołała: