„Co się stało? — pomyślałem, patrząc to na list, to na Franię. — Ojciec mój prosi mnie, abym przyjechał do domu, tu musi być jakieś nieporozumienie”.
Zacząłem wypytywać Franię o szczegóły. Frania opowiadała mi:
— Wczoraj wieczorem siedziałam sobie i śpiewałam, jak zwykle, gdy mi się nudzi i grałam na gitarze. Wtem ktoś zapukał do drzwi frontowych.
Tu muszę zaznaczyć, że do pokoju, gdzie mieszkałem z Franią, były drzwi wprost z ulicy. Tylko porą zimową były one nieczynne, a trzeba było do nas iść przez kuchnię. Latem były otwarte.
— Poszłam więc i otworzyłam. Patrzę, jakiś nieznany mi, wysoki mężczyzna. Pytam: „A do kogo pan?”. A on na to:
— Czy tu mieszka niejaka Frania D...?
— Tak, tu — odparłam i zaprosiłam go do pokoju. Obejrzał się ciekawie po pokoju, a na moje zaproszenie usiadł. Dłuższą chwilę milczał, obrzucając mnie tak przenikliwym wzrokiem, że nie śmiałam tego poważnego człowieka o nic zapytać. Nareszcie on sam do mnie pierwszy odezwał się:
— Pani jest tą Franią, czy tak?
— Tak — odpowiedziałam. Milczał znów chwilę i już chciałam go ze złością zapytać, co oznaczają te pytania. Wtem on nagle rzekł:
— Mój syn u pani mieszka, czy tak?