Czekałem cały niemal dzień na Franię, jakoś nie zjawiła się, dopiero wieczorem przyszła kompletnie pijana, padła mi na piersi i rozpłakała się. Wspólnie z jej matką rozebrałem ją i ułożyłem do łóżka. Całą tę noc przesiedziałem, nie rozbierając się wcale, i rozmyślałem nad swoim położeniem.
Na domiar złego „po Josku” nic mi się nie wiodło, dwa razy udałem się z wspólnikami na wyprawę i jakoś nie udało się. A nawet trzeci raz ledwo uszliśmy z życiem.
Rano Frania przebudziła się i apatycznie patrzyła na mnie, jakby dopiero sobie zdała sprawę, że coś zaszło i po chwili mnie spytała:
— Dlaczego nie rozebrałeś się? Co, gniewasz się na mnie?
— Jak to, mam się nie gniewać? — wybuchnąłem. — Przyszłaś zupełnie pijana i cała w nieładzie. Ładną synową sprowadziłbym ojcu do domu — roześmiałem się z goryczą.
— Właśnie tylko z żalu do ciebie upiłam się — oznajmiła — a będzie ze mną jeszcze gorzej.
— Już gorzej, jak się teraz prowadzisz, nie potrzeba — zauważyłem i zabierałem się do wyjścia.
— Gdzie ty znów uciekasz? — wołała za mną.
— Idę też z żalu do ciebie się upić, jak ty to wczoraj zrobiłaś — odparłem i walnąłem drzwiami, wychodząc z pokoju.
Na obiad jednak przyszedłem i zaraz na progu stanąłem jak wryty, brat mój, młodszy ode mnie o półtora roku, siedział naprzeciw Frani, a ona, mówiąc z nim, głośno się śmiała. Brat, widząc mnie, wstał, wyciągnął rękę. Ucałowałem go z całego serca, jednak w jego pocałunku i podaniu dłoni poczułem pewną niechęć. Tu powtórzę naszą rozmowę. O ile pamiętam, to ja pierwszy odezwałem się do brata: