— Co ty tu robisz?
— Ojciec mnie tu wysłał po ciebie.
— Za późno już — podpowiedziałem z goryczą. — Trzeba było mnie lepiej w domu przyjąć, gdy pierwszy raz „za Rosji” wyszedłem z więzienia, może by do tego nie doszło.
Brat popatrzył na mnie z wyrzutem.
— Przez ciebie umarła matka i zostaliśmy sierotami, a teraz chcesz i ojca do grobu wpędzić. Ojciec z dnia na dzień czuje się coraz gorzej, był u różnych doktorów w kraju i za granicą. Doktorzy mówią, że na chorobę ojca nie mają żadnego lekarstwa, gdyż ojciec cierpi moralnie, gryzie go jakiś robak, którym ty właśnie jesteś. Mówią, że wpada w galopujące suchoty. Ojciec nasz, który żelazo mógł łamać w rękach, teraz ledwo na nogach się trzyma. Ty go zabiłeś... jak zabiłeś naszą matkę. Chcesz mnie z dwiema siostrami zgubić. Gdy, broń Boże, ojca nam nie stanie, co stanie się z młodszym rodzeństwem? Opamiętaj się, póki jeszcze czas, minęło przeszło dwa lata, jak cię ojciec ani nikt z domu na oczy nie widział. Z początku szesnastego roku słuch po tobie zaginął, a później mówiono, że siedzisz w jakimś tam „Czerwoniaku”. Od jakiegoś czasu wstydzimy się oczy na ulicę pokazać, gdzie tylko w okolicy popełniają kradzieże albo napad zrobią, ludzie szepcą sobie na ucho, że to ty. Wysłuchaj mnie już do końca — wołał brat, widząc, że chcę mu przerwać jego morały, które mi prawił. — Ojciec tu był parę dni temu, o czym na pewno już wiesz. Wyobraź sobie, bracie, wiele się najadł wstydu i wiele go to zdrowia kosztowało, gdy dopytywał się o ciebie w różnych szynkach i kawiarniach, aż cię tu znalazł. Jedź ze mną do domu, a nikt ci marnego słowa nie powie, nikt ci nie przypomni twojej przeszłości. Co było, to już przeszło, pomożesz mi w handlu i będzie ci dobrze. Nie zapomnij też, że dzbanek nosi dotąd wodę, zanim ucho się nie urwie, zabiją cię gdzie na kradzieży albo zginiesz marnie w więzieniu, a hańba spadnie wtedy na naszą całą rodzinę — zakończył jakby w natchnieniu.
Podczas słów brata, Frania miała łzy w oczach i patrzyła tak na mojego brata, że poczułem zazdrość. Brat mój był to piękny, dziewiętnastoletni młodzieniec, wysokiego wzrostu i był podobny do ojca. Wstyd mi było, że brat jest młodszy, a poważniejszy ode mnie. Był wychowany pod kierownictwem ojca. Nie uczył się on w brudnych chederach i zacofanych jeszywetach. Przewyższał mnie wymową i inteligencją, był przy ojcu i prowadził teraz cały handel, który dawniej chylił się ku upadkowi. Nie chciałem przy niej dużo mówić z bratem i poprosiłem go na osobność. Brat pożegnał Franię i zabrał mnie do hotelu, gdzie mieszkał.
Tu opowiedziałem mu, że mój powrót na razie jest niemożliwy, gdyż zdaje mi się, że policja mnie poszukuje.
— Zaczekaj — rzekłem — a za jakie dwa, trzy tygodnie, jak się upewnię, że nie ma się czego obawiać, to przyjadę.
Brat, słysząc to, bardziej posmutniał.
— O! Bracie — zawołał w rozpaczy — co ty z siebie zrobiłeś? Wielkie jest szczęście, że matka nasza nie żyje, stokroć szczęśliwsza jest od ojca, że nie widziała twojego upadku... Przyznaj też, że ci żal zostawić dziewkę. O ile ci o nią więcej chodzi niż o ojca, możesz ją zabrać ze sobą. Ojciec mi o tym mówił, że może z tobą przyjechać. Na wszystko się godzi, abyś tylko był w domu i porzucił to życie. Ojciec mówił, że woli już, abyś żył z kim tylko zechcesz, byle byś był człowiekiem.