Ja sobie z jej pogróżki nic nie robiłem i jawnie zacząłem jej okazywać swój wstręt. Ona nie ustąpiła, a nawet nie krępując się już przed mężem, przychodziła do mnie na moją „melinę”.

Zrozumiałem, że tak długo być nie może, czy wpierw, czy później naprowadzi policję do mojej kryjówki. Postanowiłem więc wyjechać do Warszawy. Na to potrzebne mi były pieniądze. Sprzedałem zbędne rzeczy, których miałem sporo i szykowałem się do wyjazdu, co też nie uszło jej uwadze.

Dnia 18 maja oświadczyła mi stanowczo, że stąd nie wyjadę, na co wybuchnąłem śmiechem i zauważyłem:

— Proszę cię, raz na zawsze wybij sobie to z głowy, masz męża i dziecko, co więc chcesz ode mnie? Zapomnij, co było między nami, bo ja o tym dawno zapomniałem.

Na te słowa rzuciła się do mnie z pazurami. Odepchnąłem ją lekko, upadła na kanapę i zaczęła zawodzić na cały głos, nie zważając na to, że nie byliśmy tu sami. Chcąc uzyskać jeden dzień czasu, abym mógł następnego dnia wyjechać, zacząłem ją uspokajać. To mi się udało. Odprowadziłem ją potem kawał drogi do domu i wróciłem z postanowieniem, że jutro po obiedzie wyjeżdżam.

Po zjedzeniu kolacji ułożyłem się do snu, długo nie mogłem zasnąć, miałem jakieś złe przeczucie. Dręczyło mnie to tak, że nawet chciałem ubrać się i stąd wyjść, by przenocować gdzie indziej.

„Meliniarka”, u której mieszkałem, widząc mój niepokój i zdenerwowanie, starała się mnie uspokoić i tłumaczyła, że nic mi tu nie grozi, zapewniała mnie, że nikt oprócz fryzjerki nie wie, że tu mieszkam, a ona zanadto mnie kocha, by mogła zdradzić moją kryjówkę i oddać policji.

Nareszcie uspokojony zasnąłem.

Miałem zaraz sen, który do dnia dzisiejszego utkwił mi w pamięci i pamiętam go, jakbym to przeżył na jawie.

Śniło mi się, że płynę okrętem po morzu. Pokład cały jest oświetlony, wielu ludzi, a między nimi przeważnie piękne i wystrojone kobiety, tańczą wokoło mnie, jest bardzo wesoło. Muzyka pięknie gra. Wtem słyszę jakiś wybuch, światła pogasły i robi się ścisk i zamieszanie. Okręt zaczyna tonąć. Widzę, jak ludzie przeraźliwie wymachują rękami, wołając o pomoc. Muzyka nie przestaje jednak grać, tylko zamiast skocznych marszów jak przedtem, gra marsz żałobny. Ja stoję na pokładzie i wsłuchuję się w dźwięki smutnych tonów muzyki. Okręt już do połowy zatonął, stojąc już do połowy w wodzie, rozglądam się wokoło i dziwię się, że ludzie wszyscy stąd znikli. Jestem tu tylko sam. Okręt się zagłębia. Woda sięga mi po szyję. Czuję, że już ostatnia chwila nadchodzi. Wtem spostrzegam w pobliżu ląd, rzucam się do morza. Płynę, a ląd się zbliża ku mnie, myślę, żem uratowany. Jeszcze pozostaje mi kilkanaście kroków, natężam siły i już, już jestem przy brzegu morza, gdy nagle wyrósł i stanął przede mną wysoki mur, na podobieństwo muru „Czerwoniaka”. Zbieram resztę sił i zaczynam płynąć wzdłuż tego muru. Może się skończy? Daremnie, płynę, płynę i czuję, że siły mnie opuszczają, a mur ciągnie się coraz dalej i dalej, myślę, śmierć nadchodzi, nie widzę znikąd ratunku. Czuję skurcz i bezwład w członkach. Wtem spostrzegam, że blisko mnie na murze siedzi jakaś kobieta i daje mi znaki, abym się zbliżył, zbieram resztę sił, patrzę, linka się zwiesza z muru, a koniec jej jest tuż przy mnie. Więc chwyciłem się rękoma za zbawczy sznur. Odpocząłem chwilę, oddychając ciężko, i zaczynam się wspinać po ścianie. Kobieta, trzymając linkę, zachęca mnie, abym się wdrapywał w górę, a będę uratowany. Wtem poznaję tę kobietę, to ona... Zachichotała nagle szatańskim śmiechem i czuję, że sznur urywa się, a ja lecę i lecę w jakąś otchłań...