Zakuty jeszcze za ręce, upadłem na brudne nary i zacząłem łkać. Tu, między czterema ścianami celi mogłem swobodnie rozpaczać. Nikt tu tego nie widział i ja nie widziałem nikogo. Czułem żal sam do siebie, do całego świata, do Boga, do wszystkiego, co tylko istnieje, że stałem się tym, kim jestem.

Dzień już zaczął się przedzierać przez kraty do mojej celi. Byłem aresztowany o drugiej w nocy. Tym razem światło dzienne budziło we mnie tylko lęk. Myślałem o strasznej przyszłości, która mnie czeka. Nie wiedziałem wprawdzie, za co mnie aresztowano, ponieważ przez te sześć i pół miesiąca, gdy byłem na wolności, dużo nabroiłem. Zrozumiałem jednak, że jestem zgubiony.

Zacząłem biegać po celi, przypominając sobie przestępstwa od pierwszego do ostatniego, aby sobie zdać sprawę, za co mnie właśnie aresztowano i co mi grozi.

Doszedłem sam do wniosku, że jestem strasznym potworem i sam siebie się zląkłem, że przez taki krótki okres potrafiłem aż tyle nabroić. Nawet sam musiałem w duchu przyznać, że już najwyższy czas byłoby mnie unieszkodliwić. Straszne, straszne było moje położenie. Powiesić się! — zabłysła mi myśl w głowie, mimo woli obejrzałem się po celi, wzrok mój padł na kraty. Tak! Powieszę się, pomyślałem. Przyszły mi na myśl kiedyś przeczytane przeze mnie słowa filozofa Otto Weiningera235, który twierdzi: „Każdy przyzwoity człowiek sam powinien zadać sobie śmierć, gdy czuje, że staje się absolutnie zły”. Ale byłem już na tyle podły, że do samobójstwa zabrakło mi odwagi. Potem wyczerpany rzuciłem się na gołe nary i zasnąłem. Obudziło mnie silne szarpnięcie za nogi. Wstałem. Przedstawiono mnie komisarzowi policji, który był mi znany z opowiadań kobiet kontrolnych, że lubił się z nimi często zabawiać. Popatrzył na mnie podejrzliwie, zadał kilka pytań i rozkazał dwóm policjantom odstawić mnie natychmiast do „Czerwoniaka”.

LX

Pierwszą osobą, która mnie tu przywitała w kancelarii więziennej, był nie kto inny jak Ról. W życiu już zawsze tak bywa, że tych ludzi, których się nie chce oglądać, zawsze pierwszych się na swej drodze spotyka. Przywitał mnie od samego progu groźnym warknięciem:

— Lump!

On mnie przyjął, ponieważ był to dzień jakiegoś święta, a zastępował tu wszystkich.

Pisarek więzienny spisywał i załatwiał formalności przyjęcia. Na pytania pisarza, jak się nazywam i czy już kiedy siedziałem w więzieniu, zamiast mnie Ról odpowiadał. A widząc, że zaprzeczam co do imienia i nazwiska, chciał mnie już bykowcem przeciągnąć, jednak policjanci, którzy byli jeszcze obecnie ze mną, twierdzili, że się już tak nie nazywam i że wtedy siedziałem na lewe nazwisko.

Ról, słysząc to, pogroził mi pięścią i zawołał groźnie, że on mnie teraz nauczy rozumu.