Los!

Wyprowadził mnie z kancelarii do centrali. Prowadzony przez długi korytarz, gdzie po obu stronach mieszczą się cele ogólne, mające drzwi kratowe, słyszałem za sobą, jak jeden więzień do drugiego szeptał:

— Patrz, Nachalnika już przytachali.

Ujrzałem też kilka znajomych twarzy przy kratach — patrzono na mnie z politowaniem.

Ról zaprowadził mnie, o dolo, pod tę samą celę, z której tu wyszedłem pół roku temu na wolność. Przemówił do mnie w swoim stylu. Jeszcze raz mi pogroził, że tym razem wie już dobrze, kto to taki i walnął złośliwie drzwiami, wychodząc z celi.

Gdy się tu ujrzałem sam między czterema ścianami, w znanym mi pokoju, skoro Ról przekręcił klucz w zamku, zrobiło mi się śmiertelnie ciężko i słabo, w głowie mi się kręciło. Pomyślałem: zapadło wieko mojej trumny, w której pochowano mnie i moją młodość. Przedstawiłem sobie tu przyszłe życie w całej żywotności i okropności. Skończyło się wszystko, zamarła moja wola, przestałem być sobą. Stałem się od tej chwili tylko martwym, nic nieznaczącym numerem. Dusza moja z chwilą, gdy przekroczyłem próg więzienny, została mi odebrana i włożona wraz z portfelem do depozytu, a tu tylko rzucili kadłub. Zgnębiony i skołatany, stałem chwilę pośrodku mojego grobu. Powietrze było duszne, czuć było wilgoć i stęchliznę jak w piwnicy i dobrze mi znaną woń więzienną. W każdym więzieniu, mimo czystości korytarzy, w celach pojedynczych panuje okropny odór, który nowo przybyłego, zanim się oswoi z tym zapachem, przyprawia nieomal o mdłości.

Woń ta na pewno jest gruźlicza, skraca zbyt długoletnią karę, mierzoną hojną ręką sędziego. Otworzyłem wąski lufcik, owionęła mnie fala chłodnego wiatru, który odświeżył mi twarz. Powoli wracała mi zupełnie świadomość cierpienia. Głód dokuczał, przybyłem tu po obiedzie, więc już byłem na to przygotowany, że pójdę głodny spać. Stojąc zaś przy oknie, myślałem:

Dziś 19 maja, jak pięknie jest na dworze, a ja tu będę gnił, kto wie jak długo. Przypomniałem sobie, z jaką to uciechą przywitałem ten miesiąc, myśląc, jak to lato 1916 i 1917 roku przesiedziałem w więzieniu, a obecnie będę się wygrzewał na słońcu, na wolności, a tymczasem...

Uświadomiłem sobie zupełnie, że od dnia dzisiejszego skonała moja wolność, wszystkie pragnienia i plany. Odwróciłem głowę od okna, opuściłem ją na piersi bezwładnie i zapłakałem. Były to łzy człowieka krzywdzonego przez los, pochowanego żywcem w trumnie, co wie dokładnie, jakie męki go tu czekają. Czy warto cokolwiek opłakiwać więcej niż wolność?

Na korytarzu rozległ się znany mi już od dawna okrzyk: „Kalefaktorzy”. To Ról zwoływał po kolację — gdy tylko to czarodziejskie jedno słowo zostało z jego ust wyrzucone, ze wszystkich stron po schodach biegli korytarzowi, a echo drewnianych trepów roznosiło się po ponurych korytarzach i odbijało o dusze więźniów. Więc zaraz dostanę kolację, po której to człowiek zaczyna czuć się głodniejszym niż przedtem, kolację, której widok wywołuje łzy w oczach. O! Niejedną łzę wypiłem wraz z taką kolacją. A potem, potem aż do rana siedemnaście godzin leżeć głodny na swoim barłogu, przewracać się z boku na bok, wsłuchując się w odgłos własnych kiszek, wygrywających marsze, jakby umieszczony tam był jakiś gramofon — to straszne. Słyszę trzaskanie drzwiami, zbliżające się coraz bardziej do mnie. Stoję z miską w ręku przy drzwiach, już rozebrany. Drzwi się otworzyły, a na widok dymiącego cebra pragnienie i głód stokrotnie się powiększyły, coś brunatnego koloru wpływa mi do miski. Wystawiam stołek z ubraniem i drzwi z hałasem zapadają.