Stoję pośrodku celi, patrzę na miski i rozpacz mnie ogarnia na widok tego płynu nieokreślonego koloru. Nic dziwnego, pierwszy dzień dopiero jestem w więzieniu, więc nie śpieszę się. Ale po chwili piję zawartość i spostrzegam, że na dnie jest trochę mułu od pietruszki.
Głód po tej kolacji, jak przewidywałem, tylko się zwiększył. Zacząłem biegać po celi tam i z powrotem. Przyszły, jakby na złość wspomnienia, jak to niedawno siedziałem u Czecha... przy obficie zastawionym stole z jedzeniem, które mi usłużny kelner dostarczał na kiwnięcie palcem. Chciałem o tym nie myśleć, ale głód stale kierował moją myśl ku jedzeniu.
Na korytarzach więzienia panowało głębokie milczenie i cisza, tylko z cel od czasu do czasu dolatywały ciężkie westchnienia. Zbliżyłem się do okna, bo usłyszałem rozmowę ludzką. To więźniowie, ci odważniejsi i niedbający już o swoją skórę, po całodziennym milczeniu zaczynają ze sobą rozmawiać, gdyż Ról z dozorcami rozeszli się do domu. Nadsłuchuję z natężeniem, gdyż usłyszałem i moje przezwisko — zmiarkowałem, że to więźniowie o mnie mówią.
— Janek! Janek! Ty! Słyszysz?
— No, gadaj!
— Ty wiesz, kogo tu przyprowadzili?
— Nie wiem.
— Ty! Słyszysz? Kalefaktor mi mówił, że „Nachalnika” przyprowadzili, wiesz, ten Żyd, wspólnik Staśka, ten sam, co mu Franię odbił.
— Aha! Wiem już, to ten sam, co niedawno stąd wyszedł.
— Tak!