Popełniłem znów z półtora tuzina świeżych grzechów, a najwięcej z powodu tego, że lubiłem spoglądać na spotykane kobiety, a nawet spoglądałem na gojki. Nieraz, idąc trotuarem, starałem się patrzeć w dół, widziałem wówczas nóżki, których widok zmuszał mnie, by zobaczyć właścicielkę tych pięknych nóżek. I oto pewnego dnia spotkałem na ulicy dawną mą opiekunkę. Nie widziałem jej od chwili, gdy byłem z matką u niej. Przyglądała mi się ciekawie, a ja stałem, patrząc na nią jak skamieniały i nie mogąc wymówić słowa. Była jeszcze piękniejsza niż dawniej. Miała na sobie eleganckie futro i kapelusz najnowszej mody. Ona też pierwsza przemówiła do mnie:
— Co, kochany, gniewasz się na mnie? Nieładnie, żeś mnie nie odwiedził, pewnie matka ci zabroniła, co? Ja cię jednak jeszcze kocham, nie gorzej niż twa zacofana matka. Chodź więc do mnie. Męża już nie mam. Zrobił mądrze, przenosząc się na tamten świat, już cztery miesiące temu. Ty przez ten czas wyrosłeś i wypiękniałeś! Chodź! Czemu nic nie mówisz?
Ja wybełkotałem coś o tkias-kaf, którą dałem, jednak poszedłem za nią do znanego mi domu. I od tego dnia co wieczór byłem jej gościem. Tym razem ona już nie potrzebowała mnie atakować i prawić o miłości, teraz już wszystko zrozumiałem...
XV
Po roku nieobecności znów przyjechałem na święta Paschy do domu. Wszyscy byli ze mnie zadowoleni, nawet siostrzyczka, która przyszła na świat w czasie mej nieobecności, też zdawała się uśmiechać do mnie. Matka patrzyła na mnie jak na jaki skarb, ciesząc się, żem dość poważny jak na swój wiek, tym bardziej, że dobra opinia przyszła za mną z jeszywetu. Widziałem, że czuje się szczęśliwa, patrząc na mnie. Ach, biedna matka, nie domyślała się, jakie syn wówczas już prowadził życie. Dobroć i zaślepienie macierzyńskie nie pozwoliły jej spostrzec zła, które już we mnie zapuściło swe korzenie. Pamiętam, jednego razu coś zbroiłem i siostra matki poczęła mnie strofować. Słysząc to, matka natychmiast upomniała się za mną. Wtedy tamta odpaliła:
— Ty mu za dużo pozwalasz. Zobaczysz, że wychowasz go jeszcze na katorżnika.
Boże, co to wówczas było, matka rzuciła się na nią i gdyby ona nie uciekła, kto wie, na czym by się ta awantura skończyła. Po tym zajściu dłuższy czas ze sobą nie rozmawiały. Tak broniła mnie matka przed jakimkolwiek zarzutem.
W domu naszym, o ile pamiętam, zawsze najweselszymi świętami była Pascha. Jeździliśmy wówczas w gości do krewnych, a ja do znajomych ojca, wyznania nieżydowskiego, dokąd też nieraz nosiłem dla poczęstunku macę i wino, za co w zamian otrzymywałem ładne owoce i jaja pomalowane na różne kolory.
Pamiętam dobrze ten podniosły nastrój, jaki panował u nas w pierwsze dwa dni świąt przy obrządku „sejder” (uczta wieczorna). Ojciec siedział zawsze na honorowym miejscu, oparty na śnieżnobiałych poduszkach, w pozycji półleżącej, według wymagań. Matka, jako królowa tego święta, cała w bieli, siedziała po lewej stronie ojca, my zaś, dzieci, na pół śpiące, siedzieliśmy przy nich, śledząc każdy ich ruch z zaciekawieniem i naśladując w wykonaniu. Po każdym kilkuminutowym opowiadaniu ojca o wyzwoleniu z niewoli „egipskiej” popijaliśmy smaczne wino. Ach! Piękne to wspomnienia z lat dziecięcych, lat bez troski, lat, które nigdy już nie wrócą... Wiele takich wspomnień mam przed oczyma, ale po cóż je wygrzebywać z pamięci i czuć się jeszcze więcej nieszczęśliwym niż obecnie. Wszystko zostało stracone bezpowrotnie.
Jedno jeszcze zdarzenie z lat dziecięcych wygrzebuję z pamięci. A było to tak: