W roku 1905 podczas świąt Paschy bawiłem się z nierozłącznym towarzyszem zabaw Frankiem i jego siostrą Władką. Częstowaliśmy się przy tym specjałami świątecznymi.

W pewnym momencie zapadła decyzja, iż urządzimy zabawę w rodzaju wojny polsko-rosyjskiej. Naturalnie Franek mianował się dowodzącym wojsk polskich, składających się z około dwudziestu dzieci żydowskich i gojów. Ja musiałem przynieść z domu kilka skrzynek po drożdżach, z których porobiliśmy szable. Do reszty skrzynek przywiązaliśmy sznurki i zaprzęgliśmy „konie”. Miały one służyć za wozy do amunicji, którą znowu zastępował piach i kamienie. Jedną ze skrzynek napełniliśmy macą mającą imitować niedostępne suchary, bo Franek uznał, że to na wojnie jest koniecznie potrzebne.

Od Wodza dostałem rozkaz zamienienia się w konia i to nie zwykłego, lecz dla wodza. Byłem z tego zaszczytu naprawdę dumny, na dowód czego rżałem na całe gardło i wyrzucałem nogami tak, że wódz chwalił mnie i ledwo mógł mnie utrzymać za kantar48, który założony miałem na szyję. Dowództwo nad obozem rosyjskim objęła Władka, blondynka o wesołym, łobuzerskim spojrzeniu. Trzymała nas dość krótko, tak że jednogłośnie powierzono jej to stanowisko, nie zważając, że jest dziewczyną.

Terenem, na którym się miała odbyć wojna, był obszerny rynek. Nareszcie po kilkugodzinnym szykowaniu się z obu stron, na co spoglądały nieomal wszystkie starsze dzieci z miasteczka, zawrzał przed wieczorem bój. Po kilku minutach obrzucania się nawzajem kamieniami i piachem ruszyliśmy do ataku na Rosjan. Powstał krzyk, pisk i tumult. W rezultacie Władka razem ze swym koniem, za którego służył jej niestety także Żydek, została wzięta do niewoli, z chwilą tą cała jej zdezorganizowana armia dostała się też do niewoli. Franek jeździł dumnie, a ja, chcąc udawać, jak przystoi na konia, wodza i zwycięzcę, rzucałem głową, nie mogąc ustać na jednym miejscu.

Po skończeniu bitwy Franek zaśpiewał: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Ja, mimo zakazu Franka, że jako koń nie mogę się posługiwać mową, tak byłem upojony tą zabawą i zwycięstwem, że zacząłem mu wtórować, sam nie rozumiejąc, co za znaczenie posiadają te słowa.

Wtem pieśń się urwała, ktoś za mną krzyknął z bólu. Uczułem, żem jest wolny od cugli. Nie zdążyłem się wszelako oglądnąć, co się stało, gdy ktoś mnie ciągnął, bijąc po plecach. Krzyknąłem z bólu i upadłem na ziemię.

Leżeliśmy obaj z wodzem, a ktoś okładał nas batem. Był to strażnik Matwiej, postrach naszego miasteczka.

Po wymierzeniu nam kilku nahajek podniósł nas brutalnie i uchwyciwszy za kołnierze zaprowadził do domu, spisując protokół, a gdy rodzice wręczyli mu rubla, zniszczył go, zapowiadając rodzicom, by nas pouczyli, że podobnych pieśni nie wolno śpiewać. Zastrzegł przy tym, że gdy jeszcze raz zaśpiewamy, to nas zastrzeli.

Tak się zakończyła nasza wojna. Zamiast ogłoszenia nas zwycięzcami, zhańbiono nas batem... Oprócz tego mój ojciec, jak i Franka, musieli zapłacić za kilka szyb, które w czasie naszej wojny kamieniami wytłukliśmy.

Za motyw do naszej zabawy posłużyły nam manifestacje, które kilka dni temu odbyły się w naszym miasteczku, zorganizowane przez patriotów polskich, a przede wszystkim przez ziemiaństwo, które poubierane w stroje narodowe, chodząc śpiewało pieśni narodowe.