Po niejakim czasie policja miejscowa i żandarmeria, która stała w naszym miasteczku z powodu bliskości granicy niemieckiej, rozpuściła pogłoskę między Żydami, że Polacy zabierają się zrobić pogrom na Żydów, dlatego przyjdzie pułk kozaków, by do tego nie dopuścić. Było to wierutne kłamstwo, gdyż współżycie nasze było nader życzliwe. Jak się potem okazało, pogłoskę tę rozpuścili jedynie dlatego, by uzyskać sprzymierzeńców w rzekomych walkach z Polakami.
Polacy jednak, nie zwracając uwagi na pułk kozaków, zwołali powtórny manifest, tym razem o wiele większy. Podczas pochodu kozacy stali w pozycji wyczekującej, lecz nie zaczepieni przez nikogo, sami bali się sprowokować manifestantów. Później jeszcze było wiele manifestacji, po których Rosjanie kilku zacnych obywateli wywieźli w głąb Rosji, a między innymi i hr. K. Wszystkie te manifestacje ze względu na swój charakter utkwiły mi w pamięci, choć wówczas liczyłem dopiero osiem lat życia.
Drugiego dnia po świętach poszedłem z ojcem do kancelarii gminy, gdzie mi wydano dowód osobisty (paszport). Na moje pytanie, do czego mi będzie służył, ojciec wyznał wreszcie, że tymczasem pojadę do jeszywetu w B.49, by uzupełnić dotychczasowy zasób wiedzy.
Po powrocie do domu matka wezwała mnie do siebie. Podczas rozmowy zwróciła mi uwagę, że obecnie rozpocznę życie z dala od domu, bez opieki rodziców, zmuszony więc będę przyzwyczaić się do życia samodzielnego. Zaznaczyła przy tym, że do tego jeszywetu uczęszcza kuzyn, pod opieką którego będę pozostawał i który będzie mi pomagał w nauce.
W dwa dni później ojciec odwiózł mnie koniem do stacji K., skąd już sam rozpocząłem podróż do miejsca przeznaczenia. Miałem więc uczęszczać do słynnego jeszywetu utrzymywanego ze składek amerykańskich.
Pożegnanie moje z matką było nadzwyczaj serdeczne, ściskała mnie mnóstwo razy. Żegnając się, rzewnie płakała, wyczuła, że mnie już więcej nie zobaczy. Ostatnie słowa, jakie słyszałem od niej, to były ostrzeżenia:
— Pamiętaj, abyś był człowiekiem...
XVI
Do stacji K. jechaliśmy całą noc, popasując po drodze w kilku miejscach.
Nad ranem stanęliśmy przed zajazdem. Po ulokowaniu się poszliśmy z ojcem na ranną modlitwę do bóżnicy. Po powrocie i spożyciu śniadania udaliśmy się na stację. Po wykupieniu biletu ojciec wręczył mi go wraz z dwunastoma rublami, pouczył mnie jeszcze, jak się mam zachować w podróży, udzielił mi również kilku rad życiowych, przy czym dopiero teraz wyjaśnił mi, dlaczego jadę tak daleko.