Ojciec wiedział o moich wszystkich występkach, zaczynając od Turka, a kończąc na romansie z moją opiekunką.

Tym razem więc on był inicjatorem, żeby mnie wysłać do innego jeszywetu, przy czym powiedział mi, że matka o niczym nie wie, a nie opowiada jej tego, bo nie chce jej smucić, a z naciskiem dodał: „Czuję, że te pieniądze, co wydaję na ciebie, abyś został rabinem, są jakby rzucane w błoto”. To pożegnanie z ojcem było dla mnie nader przykre, jednak ucałował mnie, co mnie tak wzruszyło, że na głos rozpłakałem się.

Nareszcie pociąg ruszył z miejsca. Stałem przy oknie, patrzyłem na ojca, jak oddalał się szybko, widziałem dłuższy czas jego wysoką postać wyróżniającą się między ludźmi, w chwilę potem i on zniknął. Zrobiło mi się przykro, a stojąc przy oknie, rozmyślałem o matce, ojcu i swym rodzinnym mieście.

Po chwili usiadłem, rozglądałem się, czy nie zobaczę kogoś z „naszych”. Niestety, sami goje tam byli. Opanował mnie jakiś strach, ściskałem więc nerwowo swe walizki i siedziałem nieruchomo.

Nareszcie minęła pierwsza stacja, a mnie się nic złego nie stało między tymi ludźmi, ba, nawet jeden zaczął mnie wódką częstować, a był bardzo niezadowolony, że nie chciałem pić. Gdy natarczywość z jego strony nie ustawała, ze strachu wypiłem trochę, przy tym wyjąłem klopsa, dar matki, częstując go wzajemnie. Uprzedziłem go, gdyż zamierzał już poczęstować mnie szynką.

Nareszcie o godzinie dwunastej w nocy pociąg stanął na miejscu przeznaczenia. Nie zdążyłem wysiąść z wagonu, gdy usłyszałem, że ktoś mnie woła po imieniu. Rozglądając się, zobaczyłem tego, co mnie wołał, witając mnie, przedstawił się jako kuzyn. Po odebraniu bagażu rozglądałem się ciekawie, on zawołał na dorożkę i pojechaliśmy do miasta.

Kuzyn był ubrany po europejsku. Wyglądał na lat dwadzieścia cztery. Ze swej powierzchowności nie wyglądał wcale na przyszłego rabina. Po drodze zapowiedział mi, że mam go słuchać bezapelacyjnie, co mi się trochę nie podobało, ale nic nie odrzekłem. Nazajutrz wystarał mi się o stancję. Zamieszkałem u samotnej kobiety, której mąż był w Ameryce. Miałem swój pokój, stołowałem się na miejscu za wynagrodzeniem trzech rubli tygodniowo. Było mi tam dobrze. A jednak, gdy przyszedł mnie odwiedzić mój opiekun, chciał natychmiast mnie stamtąd zabrać, nie wiem, co mu się nie spodobało, lecz tej nagłej decyzji stanowczo się sprzeciwiłem.

Od chwili przyjazdu czułem, że mój opiekun nie był zadowolony z mego przybycia. Później się dopiero dowiedziałem, że z powodu swych miłostek nie miał czystego sumienia, nie chciał, by o tym w domu wiedzieli. Z tego powodu przyjazd mój nie był mu na rękę, a jednak później doskonale się zrozumieliśmy, wychwalaliśmy w listach jeden drugiego jak najlepiej.

Po kilku tygodniach uczęszczania do jeszywetu zabrałem się gorliwie do nauki, co pozwalało mi zapomnieć o samotności i rodzicach.

Większa część uczniów uczyła się samodzielnie. Było kilku „prusim” (takich, którzy opuścili żony, a nawet dzieci, by zagłębiać się w Talmudzie). Był także jeden „iłu50 między nami. Przepowiadano mu większą karierę na polu rabinowskim, a nawet twierdzono, że będzie cadykiem. Był to fanatyk w wieku około dwudziestu pięciu lat, nadzwyczaj wynędzniały, przygarbiony skutkiem stałego schylania się nad Talmudem. Oczy iskrzyły mu się fanatycznie jakimś blaskiem, umartwiał swe ciało dwa razy tygodniowo, a nieomal po całych nocach można go było widzieć stojącego nad pulpitem z oczyma wpatrzonymi w Talmud. Za spanie starczało mu, gdy głowę oparł na księdze i zdrzemnął się trochę. Tylko w sobotę spał całą noc i jadł, jak należy.