Jedyny raz miałem sposobność z nim rozmawiać, mowa jego była łagodna, mówił stale o śmierci i o nicości tego świata. Lubiliśmy go wszyscy słuchać, lecz on nader niechętnie się wynurzał. Po sali przechodził cicho jak cień, starając się zawsze być najmniej widzianym, chował się w kącie przy samym ołtarzu i tam rozmyślał. Tylko w sobotę i święta opuszczał swe miejsce, by świętować według przykazań.
Do jeszywetu uczęszczało nas stu pięćdziesięciu. Mój kuzyn trzymał mnie przy sobie, objaśniając mi to, czego nie mogłem zrozumieć. I żeby nie on, to nie zostałbym ze swą wiedzą jeszcze tam przyjęty. Było jednak przyjęte, że starsi słuchacze trzymali na swą odpowiedzialność takich jak ja.
Jeszywet mieścił się opodal Dniepru. Rosajszywe był podobny do swego kolegi w Ł. jak dwie krople wody. Mazgijach51 był o piorunującym spojrzeniu, a szames dopełniał składu administracji tego domu.
Wykłady odbywały się raz na tydzień, czasami ten iłu wykładał „muser”52, wszyscy wtenczas ze łzami w oczach go słuchali. Gdy mówił, był raczej podobny do człowieka biblijnego niż z XX wieku. W wolnych chwilach zbieraliśmy się jak zwykle u szamesa, który sprzedawał te same smakołyki co w Ł. Można było dostać wszystko, zaczynając od gotowanego grochu, a kończąc na wątróbce gęsiej, nad program można było nabyć pieczone kartofle i placki gryczane. I tu było dużo uczniów bez „dnia”. Jednym słowem znalazłem się w tym samym środowisku, które niedawno opuściłem. Na podwórzu jeszywetu stała stara rudera, w której jedna połowa była przeznaczona dla ludzi bez „dnia” i nocy. Mogli oni tam na brudnym barłogu przenocować. Drugą połowę zajmował od wielu lat szewc, łaciarz, który za pięć kopiejek reperował obuwie przyszłym zbawcom Izraela.
Był to niegroźnie dziobaty, czterdziestoletni Żyd, bieda panowała u niego niezwykła, żona była podobna do niego, dzieci na szczęście nie mieli. Tym razem Bóg był sprawiedliwy, bo dziecko nigdy nie wychowałoby się w tym smrodzie. Był on gorliwym chasydem i zwolennikiem cadyka z Libawy, który obsadził go na tym stanowisku nadwornego szewca, nie zważając na biedę. Był zawsze wesoły. Żona jego prała biedniejszym uczniom bieliznę, handlując przy tym nadgniłymi owocami.
W domu nie posiadał żadnego sprzętu oprócz połamanego warsztatu, stołka i stołu, jakiejś skrzyni i kupki barłogu w kącie, umiał za to opowiadać o różnych cudach, jakich cadyk dokonuje, o czym ma się rozumieć lubiliśmy słuchać, jako przyszli zastępcy cadyków.
Pamiętam, jak go raz zapytano, dlaczego, gdy tak wierzy w cuda, nie prosi Boga lub cadyka, by stał się bogaty. Na to pytanie uśmiechnął się smutno i z przekonaniem odpowiedział nam:
— Nie jestem wart jego łaski.
Wówczas zażartowałem, stawiając mu takie pytanie:
— Reb Lejzer — (tak się nazywał) — gdyby cadyk z Libawy kazał wam stać się złodziejem, czy byście go usłuchali?