Tak samo słyszałem, jak walono do innych drzwi i wszystko potem ucichło.

Położyłem się na łóżko. Myślałem o Wojtku, któremu już Ról nie jest zdolny nic zrobić i w tej chwili nawet zazdrościłem, że on już żadnego cierpienia teraz się nie lęka. Przez głowę przesuwały się obrazy przeżyć od chwili, gdy ten ponury grób opuściłem, pierwsza spędzona noc u „Kosej Mańki”, aż do chwili obecnej. Zdawało mi się, że nie ja jestem winien, iż stałem się tym, kim jestem. Czułem się strasznie pokrzywdzony przez los i przez szeroki świat, że dla mnie więcej nie ma miejsca na nim niż dwanaście stóp długości i pięć szerokości. Żal miałem do losu, że nie pokierował mnie na inną drogę. Tak rozmyślając, głodny, zasnąłem snem gorączkowym.

Wydawało mi się, że pracuję w piekarni i wypiekam okrągłe, pachnące bochenki chleba. Biorę jeden chleb, kroję, smaruję go masłem i jem z wielkim apetytem. Mytrofan patrzy na mnie ponuro i tłumaczy mi, że zachoruję od tak gorącego chleba. Wzywa, abym natychmiast przestał jeść. Ja go wcale nie słucham, jem i jem z coraz większym apetytem. Wtem wpada właściciel piekarni, wyrywa mi chleb z ręki, krzycząc, abym się stąd natychmiast wynosił. Zaczynam go błagać, ażeby mi dał się najeść, gdyż jestem głodny. On każe mnie wyrzucić z piekarni. Mytrofan i jeszcze jakiś pucołowaty czeladnik chwytają mnie wpół i wyrzucają z piekarni do „Brystolu” i budzę się.

Usiadłem na łóżku. Pierwsze, co sobie uświadomiłem, gdy otworzyłem oczy, to fakt, że jestem w „Czerwoniaku”. Tylko jakoś nie umiałem sobie tego wytłumaczyć, w jaki sposób się to stało. Zakłopotany, patrzyłem dłuższą chwilę po celi, zanim zrozumiałem wszystko. Nie chcąc o tym rozmyślać, zmęczony zamknąłem oczy, by znów wpaść w przyjemny jakiś sen. Ale usnąć już nie mogłem. Ten sen powiększył mi głód. Byłem wtedy gotów na wszystko, aby zdobyć jeden jedyny kęs chleba. Głód niestety jest najstraszniejszy, gdy ciągle o nim się myśli. Rozmyślałem teraz nad tym snem, chciałem odgadnąć jego znaczenie.

Dla więźnia sny są naprawdę balsamem w jego cierpieniu, bo gdyby nie to, życie długie lata w więzieniu stałoby się nie do zniesienia. Sny pozwalają więźniowi bujać po tak upragnionej na jawie wolności. Po części działają kojąco na więźnia, urozmaicając mu jednostajne życie. Sny podają mu świeże tematy do myślenia. Każdy więzień na swój sposób przewiduje ze snów dalsze wypadki swego życia. Więźniowie po długoletnim pobycie w murach, śledzą sny z dokładnością i zainteresowaniem. Dochodzą w tym kierunku do takiej wprawy, że na podstawie tego, co sam nieraz słyszałem od wielu więźniów, opowiadających co im się śniło i przepowiadających, co z tego wyniknie, muszę przyznać, że w większości wypadków, może zbiegiem okoliczności, przepowiednia sprawdzała się. W każdym bądź razie, lepiej odgadują niż to czynią autorzy senników arabskich, egipskich itp.

Tej nocy już oka nie zmrużyłem.

Zaraz z rana po kawie i po zjedzeniu siedemdziesięciepięciogramowej porcji chleba, złożył mi wizytę Ról i za nocną rozmowę tak mnie zbił, że upadłem na asfalt niemal bez przytomności. Każdemu z rozmawiających dostało się po trosze. „Niezłe przyjęcie jak na początek” — pomyślałem.

Zaraz po wyjściu Rola zabrał mnie „Hausvater” do przebrania. Poszedłem w milczeniu za nim.

Przeszedłszy przez długi korytarz, doszliśmy do schodów prowadzących na górę, gdzie były magazyny z ubraniami. Tam wziął dla mnie tradycyjny mundur tegoż domu i bieliznę, drewniane trepy i zaprowadził do łaźni, którą ja kiedyś pomagałem budować. Tu wykąpano mnie i wyparowano, nie obeszło się też bez szturchańców, które oberwałem, nie chcąc iść pod zimną wodę, potem prowadził mnie z powrotem do centrali. Tam mnie znów przyjął Ról, czystego, jak nowo narodzonego i wyznaczył mi celę aż na czwartym piętrze pod numerem 187, w samym rogu lewego skrzydła.

Niemcy zwykle tak praktykowali, że gdy któremuś nie ufali, dawali go na samą górę, myśląc, że tak wysoko utrudniona będzie ucieczka.