Gdy Ról prowadził mnie przed sobą do przeznaczonej celi, ujrzałem na korytarzu Staśka. Udawał, że mnie nie widzi. Serce zaczęło we mnie uderzać prędzej. Akurat pod jego rękę popadłem.
Trzeba wiedzieć, że u Niemców taki „kalefaktor” był panem położenia i los więźnia był w jego rękach. No, pomyślałem, teraz odegra się za Franię. Drzwi zapadły się i słyszałem jeszcze, jak Ról coś tłumaczył Staśkowi o mnie. Tu muszę też zaznaczyć, że Stasiek włada dobrze językiem niemieckim, gdyż jego matka wyjeżdżała często na sezonowe roboty przed wojną do Niemiec, a brała go, jako dziecko „zarobione”, zawsze ze sobą. To mu się teraz tu przydało. Myślałem, jak on się teraz będzie ze mną obchodził. Chodziłem z kąta w kąt. Nagle usłyszałem łoskot drzwi, pośpiesznie otwierających się wzdłuż galerii. Spacer, pomyślałem, a po chwili i moje drzwi otworzyły się. Wysunąłem się z mej nory razem z innymi, wykręcając się twarzą od drzwi i oczekując na komendę.
Nareszcie padła komenda i automatycznie powlekliśmy się po schodach jeden za drugim, w pewnym odstępie, aż stanęliśmy w takim porządku w centrali. Tu zrewidowano nas i znów powlekliśmy się w tym samym porządku na półgodzinny spacer, na tak zwane przez więźniów „rajskie podwórko”. Zaczęliśmy bezmyślną wędrówkę z rękoma założonymi w tył. Jeden od drugiego szedł w odległości dziesięciu kroków, kręcąc się w takt ospale dokoła. Jedni byli strasznie chudzi, istne szkielety, inni zaniedbani i niechętni do życia. Tam znów widać pewno niedawno tu przyjętego w gościnę, rozglądającego się jeszcze wokoło, widać, jak on tęskni jeszcze za wolnością, którą niedawno stracił. Drugi znów czyha, by mógł ukradkiem bąknąć towarzyszowi niedoli kilka słów i usłyszeć mowę ludzką. Wszyscy zresztą są prawie podobni do siebie, tylko oczy, ach, te oczy bezsilnego człowieka błyszczą jakimś przygnębieniem, a ruchy są automatyczne.
Wszyscy równi, nie odróżnisz tutaj mordercy od gorzelnika, koniokrada od takiego, co bochenek chleba przeszmuglował, by nakarmić rodzinę. Wszyscy połączeni są wolą wszechwładnego Róla, który z miną władcy wschodu spaceruje sobie tam i z powrotem, uzbrojony w rewolwer za pasem, z bykowcem w ręku i z dużego rozmiaru fajką w zębach, z której puszcza dym jak z komina fabrycznego. Na ten ostatni przedmiot są skierowane pożądliwe, zazdrosne oczy palących.
Gdym patrzył teraz na to wszystko, więzienie stało się dla mnie prawdziwym grobem i zrobiłem się obojętny na własne bóle, widząc, co się z innymi wokoło mnie dzieje.
Wracając z przechadzki, na schodach zdążyłem ukradkiem zamienić parę słów. Kilku więźniów pytało mnie, czy nie mam co „podulić”, wiedzieli bowiem, żem dopiero z wolności przybył, więc na pewno trochę tego zakazanego owocu tu przeszmuglowałem. Niestety, nie jestem palący — odpowiedziałem.
Byli tacy więźniowie, co za tytoń swój chleb kalefaktorowi oddawali, ten dawał im pół prymki lub parę niedopałków, które zbierał po dozorcach w spluwaczce na korytarzu. Znałem jednego, który pomimo głodu ani razu chleba nie jadł przez półtora roku, a oddawał go za prymkę, był to istny szkielet i też po długim konaniu zmarł.
Gdy wszedłem do celi, za mną wpadł Stasiek. Patrzyliśmy na siebie chwilę i myślałem, że rzuci się na mnie, byłem przygotowany na to. Ale jak wielce się zdziwiłem, gdy wyciągnął do mnie rękę, mówiąc:
— Jak się masz, kochany bracie? — a widząc moje wahanie, dodał. — Tu żalu do ciebie nie mam, bądź o to spokojny. Stałem się teraz innym człowiekiem. Tylko szkoda, że ty tu wpadłeś.
Wyciągnąłem do niego rękę i nie wytrzymałem, oczy napłynęły mi łzami i zaszlochałem. On też zapłakał i pocieszał mnie, że o mnie tak samo nie zapomni, jak ja o nim na wolności nie zapomniałem. Tylko mówił, żebym się strzegł, aby Ról nie dowiedział się, że on jest moim wspólnikiem.