Opowiadałem mu o sobie, a on zadawał mi różne pytania, gdy począłem mówić o Frani, ręką mi zamknął usta, nie dając ani słówka mówić dalej.
— Na wolności o tym pomówimy — rzekł, uśmiechając się smutno — o ile tu nie „zakitujemy”.
Był u mnie w celi jakieś pół godziny, przyniósł mi ze dwa funty chleba i sera, potem zamknął celę, zapewniając mnie, że głodny u niego nie będę.
Zamki przy drzwiach są tam urządzone w ten sposób, że do otworzenia drzwi jest potrzebny klucz, a do zamykania wcale się tu klucza nie używa, tylko rączkę przy zamku się naciska, a drzwi są zamknięte. Toteż kalefaktor czy to podczas rozdawania jedzenia, czy podczas powrotu ze spaceru sam cele zamyka. Z tego też powodu dozorcy wybierali sobie z więźniów jako pomocników ludzi zaufanych. Przez to czasami mocno się mylili, wszelkie kombinacje oni załatwiali.
Naturalnie, że kalefaktor musiał człowieka znać, bo mógłby się narazić na degradację i, co gorsze, w razie zawodu Ról mu życie obrzydził i niekiedy bez powodu wpadł do takiego „wykolejeńca” do celi i bił go bykowcem, gdzie popadło.
Stasiek, mając mnie na swojej galerii, narażał się na zdegradowanie i przez to postanowiłem jak najmniej go używać. Po jego wyjściu z celi zrobiło mi się lżej na sercu i nabrałem otuchy co do przyszłości, myśląc, abym tylko tu głodu nie cierpiał, to o reszcie się pomyśli.
LXI
Dnia 6 czerwca wezwano mnie na śledztwo. Tu dopiero do reszty oprzytomniałem, zarzucano mi aż cztery kradzieże z ciężkim włamaniem. Dowiedziałem się też, że na mnie „kapuje” jakiś Kamer, który twierdził, że byłem z nim razem na robocie, gdzie on został złapany, a ja rzekomo miałem się ostrzeliwać i uciekłem. Nic z tego nie rozumiałem. Śledczy trzymał mnie kilka godzin, po czym wróciłem przygnębiony smutkiem do obrzydliwej mojej celi. Stasiek zaraz przybiegł do drzwi.
— No i co, gdzie ty byłeś?
— U śledczego byłem — odparłem przygnębiony.