Od tego dnia zrozumiałem, co mnie czeka, zacząłem uparcie myśleć o ucieczce. Stasiek mnie zapewniał, że o ile jemu się nie uda „zwiać”, gdy pójdzie na sprawę, to obaj stąd „brykniemy”, a plan, mówił, ma już gotowy. Nalegałem, aby mi o tym planie mówił. Bardzo mi się on podobał i od tej chwili we śnie i na jawie marzyłem tylko o ucieczce. Oprócz planu Staśka układałem sobie własny.

Stasiek o mnie nie zapomniał, rano, gdy podałem dzbanek na wodę, nalał mi tam zupy, którą dla mnie naszykował od obiadu z jednego dnia na drugi, bo inaczej nie można było zrobić. Gdy zaś dostawał „wałówkę” z domu, większą część dla Mańka i dla mnie rozdzielił, a resztę sobie zostawił. Miałem tylko jedyny raz sposobność od tego czasu widzieć Mańka. Nie poznałem dawnego wesołego chłopaka, teraz wyglądał strasznie, gdyż często zadzierał z Rólem i więcej siedział w lochu niż w celi. Żal mi się go zrobiło, gdym myślał o tym, że może wkrótce podążyć za Wojtkiem.

Zarobiłem też z rana siedem dni karcu znów za rozmowę przez okno, a z powodu braku próżnych karców zabrano mi z celi siennik i koc i żyłem o czterystu gramach chleba dziennie i o wodzie. Taka kara była gorsza od karcu, bo tam przynajmniej była nara zbita z desek, na której można się było położyć, a tu w celi żelazne pręty łóżka wrzynały się w ciało i w żaden sposób nie można było ani chwili uleżeć. Wyczerpany musiałem się ułożyć na gołej, asfaltowej podłodze, od której, mimo że było lato, strasznie ciągnęło.

Niemcy już od dawna praktykowali karanie w ten sposób za rozmowy lub wyglądanie oknem. Kara ta jednak nic nie pomagała, nie było dnia, aby ten przeklęty Lustig nie dostarczał Rólowi takich ofiar. Ja sam nie mogłem się opanować, by nie wyjrzeć na słońce, które tu do mnie nigdy nie dochodziło i usłyszeć głos ludzki. Ach! Co za męki cierpiałem tu, w tym grobie, podczas takich pięknych, dłuższych dni czerwcowych, siedząc bez żadnego zajęcia i książek. A co gorsze, stosunek władzy więziennej do mnie stał się nad wyraz przykry. W mojej ponurej celi nie pozostało mi teraz nic innego do roboty, jak wyglądać oknem i śledzić z daleka przechodnia albo obserwować ptaka przefruwającego przez podwórze więzienne.

Nieraz ze śmiertelnych nudów liczyłem cegły czerwonego parkanu albo cegły muru z prawego skrzydła. Co ja tam nie wyrabiałem. Dla urozmaicenia sobie czasu codziennie postanowiłem złapać pewną ilość much i co dziesiątą muchę znaczyłem własną krwią, którą przez ukłucie igłą puszczałem sobie z palca, potem puszczałem je żywe przez okno. Później codziennie przy łapaniu świeżych much oglądałem, czy nie ma na której mojego znaku.

Much to tu było tyle, że usnąć nie było można. W żadnym więzieniu nie spotkałem tyle much, co tam. Tłumaczyć to trzeba różnymi zaraźliwymi chorobami, które tam panowały.

Oknem najwięcej rozmawialiśmy po apelu, który zawsze był o godzinie czwartej po południu. Ról za to przestępstwo urozmaicał nam kary, to karał karcerem, to znów zadowolił się, gdy wyliczył kilkanaście bykowców, a kiedy indziej znów skopał nogami i nie dał obiadu. Widać dbał o to, aby nas nie przyzwyczaić do jednego rodzaju kary, obawiając się, że ta kara nie będzie już działać. Jednym słowem, Ról był co do tego trochę psychologiem i wszystko naprzód już przewidział.

Stasiek z Mańkiem poszli jednego dnia na rozprawę. Tegoż dnia biegałem jak szalony po celi, nie mogąc się doczekać ich powrotu, byłem bardzo zdenerwowany, z jednej strony życzyłem Staśkowi, aby mu się udało „bryknąć”, z drugiej strony pomyślałem, co się ze mną stanie, jak Staśka tu nie będzie, będę znów głodny.

Gdy tak rozmyślałem, nareszcie przed wieczorem drugi kalefaktor przyszedł pod drzwi i opowiedział mi, że obydwaj dostali po cztery lata i że próbowali zwiać, ale nie udało im się, więc siedzą już zakuci na ręce i nogi w lochu.

Ta nowina uderzyła we mnie jak piorun. „Przepadłem teraz” — pomyślałem i z rozpaczy zacząłem biegać po celi jak zwierz raniony. Co robić? Przypomniałem sobie słowo ojca: „Będziesz żałował, ale już poniewczasie”. Właśnie teraz przekonałem się, że miał rację. O! Jak teraz ubolewałem nad samym sobą, że go wtedy nie usłuchałem i nie wróciłem do domu. Teraz, teraz wszystko przepadło bezpowrotnie. Po kolacji wlazłem na okno, całe więzienie było poruszone nieudaną ucieczką. Teraz dowiedziałem się jeszcze szczegółów, opowiadano sobie różnie o tym.