Dla więźnia siedzącego w celi bez żadnej nowiny, wystarczy uchwycić jedno słowo o jakimś wypadku, a już resztę sam dodaje.

Tak i teraz, pomimo że tu nikt nie ruszył się ze swej nory i tyle wiedział, co i ja, jednakowoż sobie o tym opowiadali, jakby byli tam obecni i spierali się ze sobą. Rezultat był taki, że Lustig znów zapisał mnie razem z innymi do ukarania. Tym razem rozmawiałem już na złość do jakiej dziesiątej godziny, nie mając już nic do stracenia.

Ułożyłem się do snu ze smutną myślą, że jutro czeka mnie kara i, co gorsze, dzbanek nie przywędruje z zupą, gdyż nie ma już Staśka. Długo nie mogłem zasnąć, rozmyślając o ucieczce. Umrzeć albo uciekać stąd, z tą jedną myślą tym razem zasnąłem.

Pod koniec czerwca zostałem znów zawezwany do sędziego śledczego. Wszedłem, dręczony jakimś nowym, przewidywanym nieszczęściem. Tam w jego pokoju przy kancelarii więziennej siedziała jakaś dama, obejrzała mnie uważnie, po czym kazał mnie śledczy odprowadzić do celi, nie mówiąc ani słowa.

Zrozumiałem, że to była konfrontacja, ale o co mnie oskarżają teraz, naprawdę znów nie wiedziałem. Upłynęło parę smutnych, długich dni. Myślałem, że zwariuję z nudów, zacząłem układać teraz wiersze i igłą wydrapywałem je po ścianach, aż nauczyłem się na pamięć. Wtedy zatarłem i pisałem inne. Muszę niektóre z moich wierszy pisanych w takim nastroju tu zamieścić.

Nikt mi ran serca nie goił,

Powiedzieć to mogę śmiało.

Żółcią jam bliźnich poił,

Tej mi do woli zostało...

Czy to w zimie, czy to w lecie,