— Już możesz dać garnitur do odprasowania — zaśmiał się mój sąsiad.

Więźniowie po oknach wybuchnęli też śmiechem na te jej naiwne wnioski, jeden się odezwał:

— Do kogo ta frajerka tu mówi i do kogo tu przyszła?

— Ty bądź cicho — ostrzegł go drugi — ona do urki tu przyszła i mówi do „Nachalnika”.

Porozmawiała z pół godziny ze mną, posiedziała jeszcze do zmierzchu za murem i pożegnała mnie, posyłając całusy.

Od tego dnia niemal codziennie przed wieczorem przychodziła pod mur, a w sobotę niemal cały dzień przesiedziała tu z książką w ręku i od czasu do czasu wpatrywała się smutno w moje okienko.

Nie była wyjątkiem, przychodziły pod mur matki, żony, siostry, kochanki i narzeczone, jak na cmentarz w dzień zaduszny, przypatrując się żywemu grobowcowi, gdzie biło dla nich kochające serce.

Więźniowie siedzący na czwartej galerii mogli z powodu bliskości parkanu rozmawiać i to nawet nie bardzo głośno i patrzeć na bliskich bez wytężenia wzroku. Niejeden te widzenia i rozmowy przez okno przypłacił życiem. Wsadzano za te wykroczenia do ciemnicy, głodzono, bito i kuto w kajdany. Ja sam byłem parę razy karany karcem i bity do utraty przytomności. Jednakże nie wytrzymałem, gdy usłyszałem jej wołanie za murem, momentalnie znalazłem się na oknie.

Bywało, że na rozmowę sobotnią dostałem się do karcu, a wtedy moja niedzielna wałówka została skonfiskowana. Przeto ostrzegłem ją, że zanim poda do bramy, niech najpierw przyjdzie pod mur, a gdy ja pokażę się w oknie, to znak, że może podać. Więc tak robiła. Ja wtenczas krzyknąłem jedno tylko słowo: „tak”, wtedy szła do bramy, by oddać wałówkę. Jednakże nie zdążyłem jeszcze zeskoczyć ze stołu, a już Ról stał przede mną w celi i za chwilę już mieszkałem na dole w karcu.

Straszny był wtedy mój żal, spodziewałem się zaspokoić głód, a tu masz tobie. Gdy dowiedziała się o tym, co ja cierpię przez to okno, przestała przychodzić, zaklinałem ją wtedy, żeby przychodziła. Wolę wszystko znosić, abym mógł tylko ją widzieć.