LXIII

Taki stan rzeczy trwał do września. Na śledztwo byłem zawezwany jeszcze raz i coraz to nowe sprawy mi dawano. Myśl o ucieczce nie opuszczała mnie ani na jedną chwilę, ale nie widziałem sposobu, aby móc ją uskutecznić. Nareszcie przypadek przyszedł mi w pomoc.

Na początku września Ról wyjechał do „Vaterlandu” na urlop. Oddychaliśmy wszyscy trochę lżej. Mniej było teraz słychać krzyku, jęku i wołania „o Jezus!”, tym bardziej że polskich dozorców tu coraz więcej przybywało, a nawet w kancelarii urzędował jakiś wysmukły mężczyzna wyglądający na lat trzydzieści, wysokiego wzrostu, przystojny brunet, o twarzy i oczach marzyciela, wyglądał on na wojskowego i nazywał się Jun-ys250. Różnie sobie więźniowie mówili o nim. Jedni twierdzili, że on ma być naczelnikiem, drudzy, że to delegat z sądownictwa, które już było w polskich rękach. Domyślniejsi przebąkiwali nawet, że Niemców ma on stąd wyganiać i objąć więzienie. Tych wszyscy wyśmiali, uważając to za niemożliwe. Tylko o tym każdy wiedział i jednogłośnie twierdzono, że jest to człowiek bardzo dobry, pomimo że mówi z Niemcami po niemiecku, jest Polakiem i lituje się nad nami. Przybył tu niedawno, w maju czy też w czerwcu, razem z kilkoma dozorcami polskimi. Chodził ubrany po cywilnemu, tylko „trencz” nosił błyszczący i jasny, jak to nosili oficerowie rosyjscy. Chodził nieraz po galerii i zaglądał do cel, patrzył na nędzne nasze postawy, mówił z nami po polsku i kiwał smutno głową.

Raz sam nawet słyszałem, jak na widok denata, który powiesił się na kracie, tak się wyraził do siebie: „Jakie życie, taka śmierć”. Musiał on być tu ważną figurą, gdyż chodził często z „Vorsteherem”251, a nawet sam Ról okazywał mu uszanowanie i nieraz musiał przerywać egzekucję podczas jego ukazywania się.

Na czwartej galerii, gdzie siedziałem, stał niedawno przybyły dozorca z Niemiec, Weber. Był to dobry starowina, zaraz jak tylko tu przybył, upodobał sobie mnie jako kandydata na „kalefaktora”, a ponieważ rozumiałem po niemiecku, nie stało nic na przeszkodzie, abym dosięgnął tego zaszczytu. Tylko jeden Ról przeszkadzałby, a ponieważ ten był na urlopie, a Weber go zastępował, wypuścił mnie na korytarz, naturalnie dopiero po półgodzinnym prawieniu morałów.

Obiecałem mu, że będę się starał jak najlepiej wywiązać z zadania na stanowisku „kalefaktora”, jak to Niemcy takiego funkcjonariusza nazywali.

Pomyślałem sobie: „teraz lub nigdy”. Wiedziałem dobrze o tym, że jak Ról przyjedzie, to zaraz mnie przymknie do celi, więc postanowiłem wykorzystać okazję. Plan miałem już dawno obmyślony, ale potrzebny mi był wspólnik do wykonania go. Ponieważ zaś nikt z moich wspólników na tym skrzydle nie siedział, postanowiłem znaleźć tu jednego.

Na drugi dzień po moim królowaniu na korytarzu, obejrzałem wszystkich więźniów, aż nareszcie znalazłem znajomego jeszcze z czasów przebywania u „Kosej Mańki”, niejakiego „Kapa”. Siedział też w śledztwie, a groziło mu kilka lat więzienia. Ostrożnie wyłożyłem mu plan ucieczki, na co się też z zachwytem zgodził.

Dozorca Weber, jak się okazało, miał też żyłkę handlową, kazał mi, abym mu się postarał o parę cholew chromowych do butów. Weber marzył, aby sobie sprawić prawdziwe, jak mówią, „Russenstiefel252, a gdy zobaczył, że jeniec siedzący w pobliżu mnie ma takowe, kazał mi je za wszelką cenę nabyć. Dał mi nawet własny nóż do odcięcia tych cholew. Jeniec dostał dziesięć prymek i dwa kilo chleba, a cholewy wywędrowały za bramę na własnym brzuchu pana Webera. Sam mu je tam włożyłem.

Wiedząc, że ten Weber jest „blatny” i mając go już w ręku, posłałem go w pewne miejsce, skąd przyniósł wszystko, co było mi tu potrzebne. Sam nie wiedział, że przynosi mi narzędzia potrzebne do ucieczki. Postanowiłem dokonać tego bez zwłoki, zanim Ról przyjedzie z urlopu, bo wtedy wszystko na nic.