Za trzy dni wszystko przyszykowałem i poduczyłem wspólnika, jak i co ma robić. Po kolacji, kiedy to wszystkich „kalefaktorów” zamykają, przymknięto i mnie do celi.

Znów po raz drugi w moim życiu przeżyłem emocjonujące chwile oczekiwania; za najmniejszym szmerem pochodzącym z korytarza, nasłuchiwałem z obawą i bijącym sercem, czy to ktoś nie przybył, by mi popsuć sprawę. Było teraz po czwartej, jeszcze osiem godzin czekać trzeba do dwunastej w nocy.

Jak wiadomo, w takich chwilach czas staje się stokrotnie dłuższy niż zwykle. Na wołanie mnie na oknie nie odezwałem się, nie chcąc zwrócić na siebie uwagi nocnego dozorcy, a zależało mi na tym, by tu do mnie wcale nie zaglądał.

Położyłem się zaraz na łóżko, ale nie po to, by spać, tylko by udawać, że śpię. Leżąc twarzą do ściany, przemyśliwałem każdy szczegół ucieczki. Zdawało mi się, że nic nie powinno stać mi na przeszkodzie. Modliłem się w duchu o powodzenie. Człowiek jest już taki, że gdy leży na śmiertelnym łożu albo gdy grozi mu wielkie nieszczęście, staje się na tę chwilę wierzący. Przez cały czas mojego tu pobytu usta nigdy nie chciały wymawiać słów modlitwy. Teraz znów modliłem się i postanowiłem, że gdy mi się uda tym razem, na pewno porzucę to życie przeklęte. Myślałem o tym, jak to Elcia się ucieszy, gdy mnie ujrzy wolnego u siebie, postanowiłem jej już nigdy nie opuszczać.

Tak marząc, wpadłem w półsen, a gdy przebudziłem się, na dworze było już dobrze ciemno, deszcz mżył i silny wiatr poruszał zardzewiałe i odarte blachy na murach. Zerwałem się na równe nogi i po cichu wlazłem na okno, chcąc się zorientować, która to może być godzina. Domyśliłem się, patrząc na pogaszone światła w prywatnych domkach, że już będzie koło tej godziny, na którą czekam. Ułożyłem się cichutko przy drzwiach, nasłuchując. W całym więzieniu nie dał się słyszeć najmniejszy szmer. Zacząłem się niepokoić, leżałem może z pół godziny na podłodze. Wtem usłyszałem ciche stąpnięcie i trzask łączników światła elektrycznego. Położyłem się prędko cały drżący na łóżko. Trzask łączników coraz więcej się zbliżał i za chwilę u mnie zaświecono światło i zaraz zgaszono. „Więc po północy” — pomyślałem.

Parę nocy już przedtem śledziłem, nie śpiąc wcale, jak wiele razy Lustig zagląda po nocach do celi. Przekonałem się, że trzy razy. Raz o ósmej, drugi raz o dwunastej, a ostatni raz o czwartej. Naturalnie tylko wtedy, o ile pensjonariusze cicho się zachowywali.

Znów wstałem z łóżka, będąc pewny, że upragniona chwila już nastąpiła. Zaczekałem z pół godziny, znów cisza zapanowała. Zacząłem się strasznie niepokoić. Nie mogąc się doczekać wspólnika, który miał podług wskazówek już tu być, założyłem żelazo między drzwi i cicho je otworzyłem.

Tu muszę zaznaczyć, że drzwi otwierały się do wnętrza celi. Już w dzień, będąc na korytarzu, powykręcałem śrubki, którymi zamek przymocowany był do drzwi, a na ich miejsce powtykałem patyki, tak że zamek jako tako trzymał się na miejscu. Umówiliśmy się w ten sposób, że on, siedząc bliżej schodów, ma pierwszy wyjść z celi, a potem mnie wypuścić. Nie mogąc się jednak go doczekać, sam wylazłem, myśląc, że zasnął. Sprawy nie było można odłożyć do jutra, gdyż rano dozorca mógłby przy otwieraniu drzwi za mocno szarpnąć, a zamek spadłby zupełnie.

Odemknąłem drzwi, zdjąłem zamek i położyłem go na stronę. Uzbrojony w żelazną nóżkę, odłamaną już w tym celu od łóżka, posunąłem się przy ścianie do piątej celi wspólnika. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy go tam nie zastałem. Chwilę stanąłem niezdecydowany, nie rozumiejąc, co tu takiego zaszło. Po cichu nachyliłem się, patrząc na korytarz dolnej galerii. Może go tam spostrzegę i rzeczywiście zauważyłem jakiś cień w bieliźnie, suwający się na samym dole korytarza. Poznałem go. Byłem zły sam na siebie, zrozumiałem, że on może zepsuć całą sprawę.

Umówiliśmy się w ten sposób, że musimy się trzymać razem, tak, żeby naprzód podejść po cichu dozorcę. Mieliśmy ukryć się we framudze w drzwiach, a kiedy będzie chciał przejść z jednego skrzydła galerii na drugie, niespodziewanie wtedy mieliśmy rzucić się na niego, zakneblować mu usta i obezwładnić go zupełnie. Później zaś mieliśmy się posunąć dalej. Jeden z nas miał się przebrać w jego ubranie i stanąć tyłem do bramy, która prowadziła od korytarza kancelarii do środka, a gdy będzie nadchodził dyżurny i jego mieliśmy obezwładnić, zabrać mu klucze, a bylibyśmy panami położenia. Potem mieliśmy wypuścić swoich wspólników i tych, którzy byliby godni zaufania...