Plan był śmiały i bardzo ryzykowny, ale miał pewne widoki powodzenia. Teraz on swoim pośpiechem i chytrością mógł zepsuć całą sprawę, bo chciał najpierw wybrać od nowo przybyłych więźniów cywilne ubranie, które oni na stołku poukładali na korytarzu.
Chciałem się po cichu dostać do niego i powstrzymać go, już począłem schodzić na dół po schodach, gdy wtem usłyszałem nagle głośne stąpanie i przeraźliwy okrzyk:
— Kto tam?! Kto tam?!
Stanąłem jak skamieniały.
— Kto tam, bo będę strzelał! — krzyknął ten sam grożący głos. Zrozumiałem, że to nie do mnie.
„Wszystko przepadło” — pomyślałem i prędko pobiegłem z powrotem do celi.
Doleciały mnie już za chwilę okrzyki rozlegające się po całym korytarzu i kroki biegnących dozorców. Zrozumiałem, że dano znaki na alarm. „Przepadłem” — pomyślałem sobie. Stałem tak bezradny, w bieliźnie, na środku celi, nogę od łóżka rzuciłem, rozumiejąc, że już na nic ona teraz się nie przyda. Po chwili słyszałem już głośne okrzyki katowanego i w tej chwili muszę przyznać, że gdybym go dostał do rąk, to bym go zabił. Słyszałem już następnie próbowanie zamków przy drzwiach.
Dozorcy, widząc, jakim sposobem wylazł z celi, próbowali wszystkie drzwi. Po chwili byli już u mnie. Nie zdążyłem wydać pary z ust, jak i mnie powlekli do ciemnego lochu. Zbito, skopano i za chwilę okuto mnie w kajdany na ręce i nogi i rzucono w kąt. Nawet sam naczelnik zaszczycił mnie tym razem swoją obecnością, choć zwykle go nikt z więźniów nigdy na oczy nie widział, Wypadki te postąpiły za sobą w zbyt szybkim tempie. Nie zdążyłem objąć myślami wszystkiego, co się stało teraz ze mną w przeciągu pół godziny. Straciłem przytomność, zachwiałem się i upadłem całym ciężarem na mokry asfalt.
Gdy zbudziłem się z długiego omdlenia, przypomniałem sobie wszystko, co mnie spotkało. Było mi strasznie zimno, stałem boso i tylko w bieliźnie i do tego zakuty byłem w zimne łańcuchy. Cały drżałem. Upadłem na deski, przymocowane przy ścianie w rodzaju trumny i z tego wszystkiego wpadłem w odrętwienie, nawet nie narzekałem już. Z ust i nosa sączyła mi się jakaś lepka masa, domiarkowałem się, że to krew. „Jeszcze dwa zęby ci wybito” — pomyślałem i tak leżałem w bezruchu do rana.
Wszystko mnie bolało. O, jak pragnąłem śmierci wtedy, ale niestety, ona nigdy nie przychodziła na zawołanie, kiedy to człowiek przyjąłby ją z otwartymi rękoma...