Pierwsze piętnaście dni miałem po trzy dni z rzędu ciemnicę i twarde łoże, czterysta gramów chleba i wodę. Co czwarty dzień otrzymywałem siennik i normalne odżywianie więzienne. W drugiej połowie kary co trzeci dzień miałem „wolny”, a dwa dni jak dotąd.

Wielkie szczęście miałem jeszcze, że przypadły te święta żydowskie, przynajmniej wtedy byłem zadowolony, że jestem Żydem, nie cierpiałem tyle głodu. Kajdany spać mi nie dały, wrzynały się w ręce i nogi i tamowały krew w żyłach.

„Ober” przychodził do celi dwa razy wśród nocy, by sprawdzić, czy kajdany są w porządku, zawsze mi je naumyślnie zatrzaskiwał na ostatni ząb.

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ten Niemiec specjalnie się znęca nade mną. Później dowiedziałem się, że fryzjerka mnie nawet tu w więzieniu prześladowała. To ona z tym Niemcem zapoznała się i namówiła go, aby mnie dręczył tak, żebym stąd już nie wyszedł — to nazywała ona miłością.

Elcia była też nieraz prześladowana przez tę kobietę, zrobiła ona to, że nie dawano mi się więcej widzieć z nią. Co ta dziewczyna nie wycierpiała od niej, jednak nic nie pomogło i o mnie nie zapomniała. Mogę śmiało powiedzieć, że gdyby nie ona, nie przeżyłbym tego wszystkiego.

Nic wiecznego nie ma na tym świecie, więc i mój miesiąc karcu przeszedł. Przeznaczono mnie do celi, gdzie do ściany było przymocowane wielkie, żelazne łóżko i tak, zakuty na ręce i nogi, przez dzień cały przykuty byłem łańcuchem do ściany. Teraz było mi gorzej niż w karcu.

Ról często mnie odwiedzał, naigrawając się z mego cierpienia. Nieraz, gdy do jedzenia rozkuto mi ręce, a gdy był dobry dozorca, naumyślnie zapominał i parę godzin ręce miałem wolne. Ról wówczas sam zaczął dopilnowywać, aby natychmiast po spożyciu zakuto mnie. Jednym słowem, nawet gdybym życie chciał sobie odebrać, nie byłem w możności tego zrobić.

Po apelu, gdy ułożyłem się na łoże, kalefaktor przykrywał mnie derką, a gdy w nocy ona spadła, żadnym sposobem nie mogłem się już przykryć. Męczyłem się nieraz, próbując zębami derkę wciągnąć, ale nie mogłem tego w żaden sposób dokonać i z zimna cały drżałem. Ręce były przykute w ten sposób, że łańcuch, który ciągnął się od nóg, łączył się z łańcuchem, który obejmował mnie wkoło bioder w rodzaju pasa, a ręce były przykute do boku tegoż pasa tak, że podnieść ich w żaden sposób nie mogłem. Zresztą, człowiek, który nie widział tych narzędzi tortur XX wieku, nie może sobie wyobrazić, co to za wyrafinowany sposób. Te łańcuchy są dla mordowania ludzi.

W takim położeniu zastał mnie pierwszy listopada, teraz z powodu zimna więcej cierpiałem. Nie jestem zdolny tego wszystkiego opisać, co za tortury duchowe i fizyczne przechodzi żywy, myślący człowiek, stojąc na łańcuchu i zakuty do tego w kajdany. Nic też dziwnego, że pan „Vorsteher” przyprowadzał do mojej celi Niemki, by im pokazać mnie stojącego na łańcuchu. Jedna nawet kobieta była na tyle odważna, że własnoręcznie obmacała koniec łańcucha i śmiała się przy tym na głos. Bawiła ją, widać wcale nieźle, moja nędzna osoba.

Pewnego razu przyprowadził kilkanaście tych kobiet, by im mnie pokazać. Widząc, że przychodzą mnie tu oglądać jak do zwierzyńca, zacząłem sam wierzyć w to, że zamieniłem się w jakieś przedpotopowe zwierzę, trochę tylko podobne do ludzi XX wieku.