Nie wiem, czemu mnie pan „Vorsteher” sobie upodobał, że mnie wystawił na widok publiczny, w takich chwilach przymykałem oczy, by na to nie patrzeć. Jednego dnia na początku listopada dozorca z politowaniem rozkuł mi ręce jeszcze godzinę przed obiadem i widząc, że prawą rękę mam zupełnie opuchniętą od kajdan, bardzo mnie z tego powodu żałował i rzekł:
— Już niedługo, a może i was zwolnią z tych mąk.
Spojrzałem na niego pytająco, ale więcej nic o tym nie mówił. Spojrzał na kartkę, która wisiała na drzwiach i zapytał mnie:
— Skąd wy jesteście?
Odpowiedziałem mu, skąd.
Obejrzał mnie uważnie.
— Czy nie jesteście synem kupca S.?
— Tak — odparłem zdumiony.
Człowiek ten popatrzył na mnie jeszcze ciekawiej i ukradkiem otarł łzę, która spłynęła mu po twarzy i zawołał smutno:
— S. ma takiego syna! Kto by to uwierzył — mówił jakby sam do siebie.