Po jego wyjściu oparłem głowę o ścianę, a dusza z bólu nawet zapłakać nie mogła. Czułem, że tego nie przeżyję. Stałem tak dłuższą chwilę, potem wpadłem w szał, skakałem na łańcuchu jak wściekły pies i ryczałem na cały głos sam do siebie, biłem głową o mur i wołałem w rozpaczy: „Ojcze! Ojcze!”
Przybył zaraz Ról, słysząc moje wybryki, przeklinał mnie, na czym świat stoi i groził, że jak się nie uspokoję, to założy mi wariacki kaftan, a ręce zakuje do tyłu i rzuci do lochu. Oj, jak żałowałem w tej chwili, że nie mogę się rzucić na niego i skończyć raz na zawsze z tym przeklętym życiem. Czyż mogłem temu katowi powiedzieć, że rozpaczam z powodu wiadomości, którą mi dozorca udzielił o śmierci ojca, śmierci, której ja byłem przyczyną?
To, co przecierpiałem od tego dnia, nie da się określić, przestałem jeść i miałem silną gorączkę.
Stan mojego zdrowia pogarszał się z dniem każdym. Męki moralne, jakie przeżywałem, były jeszcze silniejsze niż męki fizyczne. Ról, widząc, że już trzeci dzień nic w usta nie biorę i że lewa ręka bardziej mi spuchła od kajdan, zadowalał się teraz, kując mnie tylko na prawą rękę i nogi, i kto wie, co by się ze mną dalej stało, gdyby nie nagły i niespodziewany zwrot, jaki zaszedł w życiu więźniów.
*
Otóż nastał i dla nas, jak i dla wszystkich, pamiętny dzień 11 listopada.
Rano tegoż dnia wcale nie wstawałem z łóżka, czułem się bardzo słaby. Tak przeleżałem do obiadu i dziwiło mnie to, że jakoś Ról jeszcze nie przybył, by mnie rozruszać. Cały ten dzień, pamiętam, jakaś wroga cisza panowała po korytarzach więzienia. Pamiętam, jak pod wieczór zlazłem ze swojego barłogu, by przed kolacją trochę świeżego powietrza się nałykać. Przez okno, które teraz otworzyłem, słyszałem głośną rozmowę więźniów. Bardzo mnie zdziwiło, że Ról jeszcze obecny, a już rozmawiają. Potem słyszałem kilka przytłumionych strzałów, wgramoliłem się na okno, wlokąc za sobą kajdany. Lewą rękę, jak wiadomo, miałem wolną, więc chociaż z trudem, ale wlazłem.
Więźniowie już na głos rozmawiali ze sobą o jakiejś rewolucji, a nawet byli tacy, co twierdzili, że ludzie przyszli, by nas zwolnić. Wszyscy więźniowie rozmawiali głośno. Jakaś kobieta za murem wołała do nas na głos:
— Chłopcy! Wyganiają Szwabów, jutro was wszystkich zwolnią.
Po tej radosnej nowinie głosy więźniów było słychać wszędzie. Nabrałem i ja momentalnie sił i drżącym głosem zapytałem, co jest.