Cadyk mu odrzekł:

— Przecież mówiłem ci już i mogę to powtórzyć!

— Rebe — wołał Chaim — rozkazuj, a wszystko zrobię, by nie umrzeć z głodu.

— Dobrze — odrzekł cadyk — więc słuchaj: Jedź do domu i stań się złodziejem!

— Złodziejem mam być? — krzyknął. — Nigdy, przenigdy, umrę z głodu z żoną i dziećmi, a złodziejem nie będę...

— Powiedziałem ci — mówił rebe — że nie będziesz chciał tego zrobić, więc trudno, innego ratunku nie widzę dla ciebie.

Chaim wyjechał smutny i załamany z postanowieniem, że raczej zginie, a ręki nie wyciągnie po cudzą własność.

W domu upłynęło mu już dwa tygodnie od przyjazdu, żona i dzieci prosiły o chleb. Co robić? A tego by nie zrobił, ale żona, dzieci, cóż one winne? »Dla nich to muszę zrobić — myślał — nie mogę patrzeć na ich łzy«. Ale tu powstało u biedaka pytanie: »Jak ja się wezmę do tego, przecież na ulicy pieniądze nie leżą, żeby można było ukraść, więc nawet gdybym już zdecydował się, to nie potrafię... Ale cóż, trzeba próbować«. Najpierw pomodlił się, a później ubrał się odświętnie w pozostałą kapotę i sznurek rytualny do opasania się. Poszedł na strych, wynalazł kawałek gwoździa i czekał do północy. »Trudno, spróbuję«.

O północy, gdy udał się na wyprawę, całe miasto już spało. Czaił się przy murach domów, nareszcie z bijącym sercem zaczął przy jednym sklepie obmacywać zamek, nie wiedząc nawet, co robi. Wtem zamek się otworzył, wszedł więc do środka i wyciągnął z bufetu szufladę. Pełno tam było złotych, srebrnych i drobnych monet. Wyszukał miedziane pięć kopiejek i tak powiedział: »Boże! Pożyczam te pięć kopiejek na chleb, a gdy się wzbogacę, to oddam«. Z tym opuścił sklep. Rano, gdy właściciel wstał, narobił krzyku, gdyż zastał drzwi otwarte. Przybyła policja i okazało się, że brakuje tylko pięciu kopiejek. Policja łamała sobie głowę, co to może być.

Na drugą noc tak samo i tak po kolei, krzyk po mieście powstał, że co noc włamanie do innej firmy i nawet z żelaznych kas ginie tylko miedziane pięć kopiejek. To doniosło się do generała-gubernatora. Rozkazał on, by przy każdym sklepie postawić żołnierza na wartę, lecz i to nic nie pomogło. Pięć kopiejek jak ginęło przedtem, tak i teraz, a sztaby i zamki były otwarte. Generał-gubernator wydał rozkaz, żeby osobiście do niego przyprowadzić na śledztwo żołnierzy, co stali na warcie przy okradzionych sklepach. Żołnierz taki zaklinał się, przysięgał, że czuwał bezustannie, a nikogo nie zauważył. Generał postanowił rzecz sam wybadać. Wieczorem przebrał się za nocnego złodzieja i wyszedł na zwiady. Kroczył po bogatych ulicach, gdzie zwykle dokonywano pięciokopiejkowe kradzieże, nic nie spostrzegł. Już wracał do domu, gdy ujrzał Żyda, jak śmiało podchodził do sklepu jubilerskiego, żelazne drzwi momentalnie ustępują, a on wchodzi do środka.