— Nie, nie mam... — pospieszyłem odrzucić propozycję.
— Zobaczymy!... Jak trochę posiedzisz, to sam poprosisz.
Coś widać jeszcze skombinował, bo zaraz też zapytał:
— Ty palisz?
— Nie, nie palę! — odrzekłem.
— Ano, to trochę dłużej potrwa... Ale przyjść do mnie musisz... nie tacy jak ty tu byli frajerzy i do mnie przyszli.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale usłyszał zbliżające się kroki dozorcy, zdążył tylko półgłosem dorzucić: „zeks”72 przymknął klapę. Nie zdążyłem oddalić się od drzwi, gdy usłyszałem na korytarzu gromki okrzyk:
— Rozkryt’ krawat i... spa-a-t’! spa-at’73!
Okrzyk ten niósł się po korytarzach jak jedno nieprzerwane echo, przenikał dalej do głębi duszy i napawał jakimś niepojętym rozdrażnieniem i rozpaczą. Później dały się słyszeć zbliżające się odgłosy otwieranych klap, a wreszcie w moich drzwiach klapa się otwarła i w otwór zajrzała czyjaś twarz z nasuniętą na nos urzędową czapką. Na moment spoczęły na mnie iskrzące oczy, za chwilę już rozległo się charakterystyczne trzaśnięcie i szum od celi mojej oddalił się.
„A więc muszę iść spać głodny” — pomyślałem. Łzy zakręciły mi się w oczach, ale cóż miałem począć? Była zaledwie czwarta godzina po południu, a już kazano iść spać. Chcąc nie chcąc, zabrałem się do tej czynności. Przede wszystkim opuściłem z haka do ściany przymocowaną jedną stroną żelazną ramę z dwiema nóżkami, co właśnie nosiło miano „krawat”. Leżał tam brudny siennik i trochę słomy, takaż poduszka i podarty koc.