— Beniek będzie miał co opylić...
Jeden z nich zagadnął mnie:
— Co słychać na wolności?...
Zbierałem się dać mu stosowną odpowiedź, lecz klucznik nas zatrzymał i okazało się, że znów jestem zamknięty i oddzielony od ludzi, od świata i powietrza.
Nade wszystko głód dotkliwie męczył mnie od samego przebudzenia się. Zazdrościłem teraz tym, którzy, jak widziałem, mają znajomych i między sobą się dzielą. A mnie, pomimo że jestem tak bardzo głodny, nie ma kto pożywić. Wszystkie twarze są mi obce.
Wtem klapa się otworzyła:
— Trzymaj — ktoś krzyknął.
To korydorszczyk Beniek podał mi śniadanie składające się z chleba i żuru.
Łapczywie się rzuciłem na otrzymany pokarm, lecz pierwszy już nagryziony kęsek chleba co prędzej wyplułem... Spojrzałem na zupę — tam po wierzchu pływały wstrętne mi wówczas skwarki — „chazer”. Wylałem więc co rychlej z wierzchu, by nawet nie patrzeć na takie zgorszenie...
Co robić... co robić?! Tak być nie może... Od trzech dni nic jeszcze nie jadłem. Krzyczałem sam do siebie i do czterech ścian mego grobu. Rozpacz mnie ogarnęła. Tego wszak jeść nie mogę — medytowałem sobie — a tu ledwie na nogach się trzymam. Gorzko zacząłem płakać i beznadziejnie już tylko wołałem: „Mamo... mamo!”