Głód wszakże był silniejszy od wszelkich talmudycznych zakazów... Wreszcie obojętny na wszystko, zwalczając siebie, zjadłem trochę chleba i resztę żuru.

Zaspokoiwszy nieco głód, rozglądnąłem się bacznie po celi, obejrzałem szczegółowo każdą rzecz, jakby chcąc się przekonać, czy tu da się żyć.

Następnie podszedłem do okna. Było ono wysoko. Wlazłem więc na łóżko, lecz i teraz nie sięgnąłem jeszcze o tyle, by móc wyjrzeć na świat. Pragnąc wszakże to uskutecznić, uchwyciłem się za ramę i po długim wysiłku wdrapałem się wyżej i usiadłem na framudze. By nie spaść, trzymałem się mocno kraty.

Słońce przywitało mnie radośnie i oblało mi twarz jasnym, ciepłym promieniem. Z błogiego uczucia przymknąłem na chwilę oczy. Następnie wzrok mój poprzez kraty i czerwony wysoki mur strzelił hen, w daleką przestrzeń.

Z jakąś ogromną tęsknotą spoczęły moje oczy na schludnych domkach, na drzewach i polu. Wśród nich wije się droga. Ludzie po niej idą. Tam gromadka młodzieży, tu dwie kobiety i starzec... tam znowu chłop coś niesie... przy nim baba drepce.

Jakże w duchu zazdrościłem tym wolnym ludziom. Świeże powietrze, jakby wstydząc się, iż tak długo zapomniało o mnie tam, w cuchnącej jamie, teraz ożywczą falą muskało rozpalone czoło i całowało oczy... Toteż piłem je całymi haustami, piłem aż do utraty przytomności. Biedne serce biło mi silnie, jakby pragnęło wyskoczyć.

Jakiś ptak przeleciał blisko okna i odwrócił moją uwagę z dotychczasowego obiektu obserwacji. Ach!... Gdybym tak mógł wyfrunąć stąd na podobieństwo ptaka...

Wzrok mój teraz błądził w bliższej perspektywie i przebiegał z punktu na punkt. W pewnej chwili ujrzałem na podwórku więziennym niesamowity wprost dla mnie widok. Naokoło trawnika kręciło się ze dwudziestu ludzi. Każdy miał na sobie do niemożliwości wprost porwane ubranie. Jedni z nich skakali i śmiali się, inni znów płakali. Widziałem, jak z okien rzucano kawałki chleba lub cukru, a nawet i całe zawiniątka. Wówczas ten, któremu udało się to posiąść, wykrzykiwał coś niezrozumiale i odtańcowywał chaotyczny taniec, wyrażając tym swe zadowolenie. Niektórzy z tych dziwnych ludzi mieli na sobie coś w rodzaju worków z otworem dla głowy, lecz bez rękawów, by ręce były unieruchomione.

Gromadę tych nieszczęśliwych istot doglądał strażnik z bykowcem w ręku. Doglądał pilnie, gdyż co chwila komuś groził uzbrojoną w bolesne narzędzie prawicą. Wyjątkowo zaś tylko się uśmiechał, gdy jakiś dowcipny wybryk któregoś z nich przypadł mu do gustu.

Ci grozę budzący, kręcący się wokoło spacerowicze to byli chorzy umysłowo. Widok ich tak mnie przejął i tyle mi strachu nawiał, a jednocześnie tak zajął uwagę, iż nie słyszałem „konwoja”, który krzyczał na mnie z dołu, bym zlazł z okna.