Zauważyłem go dopiero wtedy, gdy już skierował w moją stronę gotowy do strzału karabin.
Skoczyłem na asfalt celi, a za mną posypały się kawałki stłuczonego szkła.
Nim się zorientowałem, co się stało, poczułem, jak czyjaś ręka uchwyciła mnie za kołnierz i jednocześnie otrzymałem uderzenia w bok. Wypchnięto mnie z celi.
Doszedłem do przytomności dopiero wtedy, gdy przedstawiony zostałem przed groźne oblicze naczelnika więzienia.
Z raportu klucznika wynikało, że zdążyłem już tu popełnić ogromne przestępstwo. Po pierwsze: włażąc na okno, przekroczyłem przepisy więzienne, po wtóre: ociągałem się z wypełnieniem rozkazu, gdy mi kilkakrotnie kazano zejść, po trzecie: stłukłem szybę, po czwarte — co tam zresztą składało się na dalsze punkty, nie słyszałem, gdyż rozpłakałem się głośno. Sam siebie się zląkłem, nie przypuszczałem bowiem, że jestem takim przestępcą... Zdziwiłem się nawet, że aż do tego czasu pozostawałem na wolności.
Naczelnik nakrzyczał na mnie, ile wlazło, widząc, że nie reaguję, spuścił z tonu i spytał już łagodnie, czy mam pieniądze w depozycie. Gdy zaś przecząco pokręciłem głową, ponownie przybrał groźną postawę i bez dłuższego namysłu wyrzucił:
— Siem sutok w karcer!75
Nie wiedziałem jeszcze, co to jest za kara, zrozumiałem, iż musi to być coś bardzo okropnego. Zamierzałem więc prosić, wreszcie błagać o sfolgowanie, chciałem powiedzieć, iż po zbawcze pieniądze napiszę do ojca, że mi ich nie odmówi, lecz nim zdobyłem się na wymówienie mych myśli, groźny naczelnik już zdążył krzyknąć:
— Wziat’ jewo!76
Rozkaz ten został momentalnie wykonany. Ręka klucznika znowu spoczęła na moim kołnierzu i tą samą drogą odprowadzony i wrzucony zostałem do celi. W głowie mi wirowało.