Oparłem się o ścianę i zamarłem w bezruchu. Wokół panowała śmiertelna cisza. Znikąd nie dochodziło żadne echo. Oparty o zimny mur wsłuchiwałem się w jęki własnej duszy.
— Co robić! Co robić! — szeptałem bezradnie.
„Siem sutok w karcer... siem sutok...” — jak natrętna osa wciąż w koło mózg mój wierciło.
Strach przed nieznanym „karcerem” był wprost nie do opisania. Wyobraźnia moja rysowała wszelkie tortury... Zacząłem się modlić...
— Boże! Boże! — wołałem — wybaw mnie stąd, a przysięgam, że wrócę do jeszywetu i nigdy już nie przekroczę Twoich przykazań.
Wreszcie w rozpaczy przywoływałem śmierć, byle raz już wyzwolić się z cierpień. To znowu na przemian odmawiałem na pamięć znane mi modlitwy i psalmy.
Tak upłynęło do obiadu. Podano kapustę z kartoflami, a po wierzchu — o zgrozo! — znowu pływały skwarki. Odruchowo chciałem wylać ten przeklęty „chazer”, ale ostry głód, jaki wzbudził we mnie widok pokarmu, wstrzymał mnie od wykonania tego i ograniczyłem się na razie do wyrzucenia skwarek.
Drewnianą łyżką wyłowiłem jeden kartofel i przymrużywszy oczy włożyłem go w usta. Zasmakował mi. Stopniowo więc zjadłem wszystkie kartofle, a nawet spróbowałem kapusty, tej jednak nie mogłem przełknąć, wydała mi się wstrętna.
Szczupły ten obiad dopełniłem ostatkami chleba, który rano nie smakował. Nie najadłem się wprawdzie do syta, ale jednak humor mój znacznie się poprawił i wstąpiła nadzieja.
„,Gdyby nie ten karcer — pomyślałem — do którego lada moment mogą mnie zaprowadzić, byłoby jeszcze znośnie...” Ten karcer nie dawał mi spokoju.