Gdy tak sobie medytowałem, na korytarzu powstał hałas. Usłyszałem trzask otwieranych drzwi i głośne wykrzykniki:

Na pragułku!77Na pragułku!

Za chwilę i moje drzwi się otworzyły. Wytknąłem głowę. Na korytarzu wzdłuż ścian ujrzałem stojących ludzi.

Byli to więźniowie śledczy. Najbliższy mój sąsiad, człowiek lat czterdziestu sześciu, z brodą do pasa i długimi włosami, od dawna widocznie niespotykającymi się z nożycami, ubrany był w kożuch. Zauważywszy mnie, zbliżył się nieznacznie do mnie. Widząc to, mimo woli się cofnąłem, gdyż wygląd jego mnie wprost przestraszył. Pomyślałem, że to zapewne największy zbrodniarz, co widząc, tamten uśmiechnął się tylko łagodnie i zapytał, skąd jestem i za co siedzę. Kazał mi stanąć przy sobie w rzędzie, który się właśnie na środku korytarza formował.

— Dokąd idziemy? — zapytałem.

— Na podwórze, na pół godziny spaceru — pośpieszył objaśnić.

Ucieszyłem się, że przynajmniej odetchnę świeżym powietrzem. Zanim doszliśmy do drzwi wyjściowych, zdążyłem mu częściowo opowiedzieć o sobie i o sprawie, która mnie tutaj przywiodła. Dalszą rozmowę przerwała rewizja, której musieliśmy się poddać przy wyjściu na podwórko.

Tam, w odstępie pięciu kroków jeden od drugiego, zaczęliśmy krążyć wokoło trawnika. Pośrodku zaś tam i z powrotem chodził strażnik w linii prostej i dawał baczenie, by więźniowie między sobą nie rozmawiali lub nie podawali jeden drugiemu jakichś przedmiotów.

Mój nowy znajomy, nawiązując do przerwanej rozmowy, udzielił mi na wstępie kilku cennych, wskazówek, jak się mam zachowywać, by nie zwrócić na siebie uwagi strażnika, a potem zapytał, co słychać na wolności.

Uczeń ze mnie był pojętny, gdyż kontynuowałem rozmowę jak stary aresztant. Mówiłem tylko wtedy, gdy strażnik obrócony był tyłem do nas lub tak maskowałem poruszenia ust i tak zachowywałem się, jakbym w ogóle nie miał języka w gębie.