Zrobiliśmy kilka okrążeń. Swoją drogą, dowiedziałem się, iż mój sąsiad jest adwokatem S. L., że ma sprawę polityczną i że siedzi już trzy lata w śledztwie.

Słysząc to, dziwiłem się w duchu, jak to jest możliwe, by będąc adwokatem, przesiedzieć aż trzy lata w śledztwie, i czy w ogóle jest możliwe, by człowiek mógł siedzieć aż trzy lata. Nie zapytałem jednak o przyczynę, gdyż zaraz potem znów rozmowa przeskoczyła na moją osobę.

Radził mi napisać do ojca. Twierdził, iż mogę odpowiadać z wolnej stopy, a w ten sposób aż do rozprawy mogę mieć wolność za kaucją lub za porękę. Mówił, że sędziemu śledczemu mam wszystko opowiedzieć od a do zet, nic nie skrywać.

Rad tych wysłuchałem z wielką uwagą. Postanowiłem się do nich ściśle zastosować. Lżej mi się zrobiło na sercu. Wstąpiła we mnie nadzieja. Przypomniał mi się „karcer”. Pośpieszyłem więc mu opowiedzieć o całym zajściu, o karze siedmiu dni i zapytałem też, co to takiego.

Nachmurzył się, gdy mu to opowiadałem, z ust jego słyszałem jakieś przekleństwo pod adresem naczalstwa i Moskalów, a wreszcie, gdy skończyłem, powiedział mi, żebym wieczorem zameldował, że on, S. L., adwokat, zapłaci za mnie 50 kopiejek za potłuczenie szyby.

— A więc nie pójdę do karceru!

Nie wiedziałem, jak mam dziękować swemu dobroczyńcy. Wyrazy podzięki bez związku popłynęły z ust moich, gotów byłem rzucić mu się na szyję i uściskać go.

Tak się zapomniałem, że nawet nie zauważyłem, jak strażnik dłuższą już chwilę mnie obserwuje. Kazał przystanąć. A gdy wszyscy mnie ominęli wówczas dał znak, bym szedł za nimi. Tym sposobem zostałem rozłączony ze swym przyjacielem.

Zawiązana wszakże przyjaźń nie wygasła. Po powrocie ze spaceru załadował pakunek i przesłał mi go. Był to funt cukru, herbata i biały chleb z masłem. Rzuciłem się na to z wilczą żarłocznością.

Gdy się najadłem, humor mój całkiem się już poprawił. Spróbowałem nawet gwizdnąć. „Jacy to dobrzy ludzie siedzą w więzieniu” — pomyślałem o swym znajomym. Żal mi było tego człowieka.