Po jakimś czasie przyniósł mi w zamian podarte trzewiki i czerwoną koszulę. Włożyłem je ze wstrętem, ale cóż miałem robić? Mój los w jego rękach — pomyślałem. Korydorszczyk w mojej wyobraźni wydawał się osobą tak wpływową i tak wiele znaczącą, iż sądziłem, że od niego nawet zależy moja wolność.

Od chwili załatwienia tego interesu korydorszczyk okazywał mi szczególniejsze współczucie. Co parę minut zaglądał do mnie i zaszczycał swą rozmową. W moim położeniu było i to coś warte.

Nie poprzestając na tym, przyniósł mi także kilka porcji „byki”81. Tych jednak nie przyjąłem, tłumacząc, iż mięsa takiego nie wolno mi jeść. Śmiał się z moich wywodów i twierdził, że gdy dłużej tu posiedzę, przyzwyczaję się do „byki”, a nawet i do skwarków.

Prorokowanie to rzeczywiście wkrótce się sprawdziło. Upłynął tydzień, a ja już jadłem „byki” bez żadnych skrupułów. W parę zaś dni później, gdy się przekonałem, że po spożyciu zakazanego mięsa nic złego mi się nie stało, nabrałem odwagi i zacząłem jeść skwarki.

Byłem już starym aresztantem.

Nauczyłem się też pukać w ścianę do sąsiada i doskonale to urozmaicało monotonnie płynące życie więzienne i czyniło je znośnym. Przyjaciel mój też o mnie pamiętał, czasami wydzielał część swego obiadu i przysyłał przez korydorszczyka. Czyż trzeba mówić, jak wielką sympatią obdarzyłem tego człowieka? W te najgorsze dla mnie dni okazał tyle dobroci i serca, iż wdzięczność dla niego noszę w duszy nawet dzisiaj, po wielu latach, gdy nie wiem nawet, czy żyje on jeszcze, nosić też ją będę do samej śmierci. On bowiem jedyny poratował mnie w najkrytyczniejszym czasie. Nie wiem, czy bez niego przeżyłbym to nieszczęście.

Droga mego życia i później szła nieraz przez manowce i dużo gorzkich chwil przeżyłem, miałem też czasem przyjaciół, jednak ci następni chyba nie byli tak szczerzy lub być może cierpienie nie takie już wywierało na mnie wrażenie, albowiem pamięć o nich częściowo już się zatarła i rzadko tylko ich obrazy przed oczyma przepłyną.

„Dużo daje, kto w czas daje”.

XXV

Od owej pamiętnej dla mnie strasznej nocy upłynęło kilka tygodni. Był już październik. W celi było tak zimno, iż zapewne pies urwałby się z łańcucha, gdyby go tutaj przywiązano.