Przytuliłem się do dwóch rur w kącie celi służących za piec, lecz były one chłodne i nic nie grzały. Smutny, zgorzkniały, po raz setny zacząłem rozważać swe opłakane położenie.
Siedzę oto głodny, obdarty... W ślad za trzewikami i bielizną rychło też powędrowała i reszta do wszechwładnego korydorszczyka. W zamian za to otrzymałem łachy.
Byłem pewny, że to wszystko było dziełem klucznika i że on był głównym kupcem. Gdy bowiem korydorszczyk miał coś do załatwienia, to drzwi mojej celi, jakby przez zapomnienie pozostawały czas pewien otwarte.
Najbardziej dotknęło mnie wywiezienie mojego przyjaciela. Był moim sąsiadem zaledwie trzy tygodnie. Gdy zapytywałem o niego korydorszczyka, to powiedział mi, że wywieziono go w głąb Rosji i że go zapewne powieszą. Żal mi się go zrobiło nie do opisania. Modliłem się za niego.
Nareszcie przy końcu października, pewnego popołudnia zostałem zawezwany do sędziego śledczego. Wiedziałem już, że jest to człowiek bardzo zły, toteż gdy szedłem po korytarzu, byłem w wielkim strachu, gdy zaś przed nim stanąłem, cały drżałem.
Bez dłuższych wstępów rozpoczęło się męczące dla mnie badanie. Z płaczem opowiadałem, jak to było owej nocy. O romansie wszakże, jako głównym powodzie mej kradzieży, nie wspomniałem ani słowa. Miałem już tyle rozumu, że oszczędziłem jej wstydu. Uczucie miłości, które pomimo wszystko nie wygasło w moim sercu dla Soni, też wielce się ku temu przyczyniło.
Po skończonym badaniu zapytał mnie sędzia, czy mam kogo, kto by złożył dwieście rubli kaucji.
— Tak, mam ojca — odpowiedziałem.
Kazał mi napisać do domu i powiadomić o jego decyzji, to jest, iż po położeniu tych pieniędzy zostanę zwolniony. Następnie zostałem z powrotem zaprowadzony do celi. Przez całą noc nie mogłem zasnąć. Zamiast cieszyć się nadzieją odzyskania wolności, przeciwnie... jakiś nieograniczony ogarnął mnie smutek.
Dzień za dniem przesuwał się w mojej pamięci, poczynając od wypadku, gdy uciekłem z domu, aż do chwili obecnej. Zauważyłem w sobie wielkie zmiany, zmiany na gorsze: powierzchownie wyglądałem jak oberwaniec, fizycznie zmizerniałem. Wątłe już w sobie czułem siły, w duszy jeszcze gorsze otworzyły się szczerby, wola osłabła, lenistwu się poddałem, w modlitwie nawet zaniedbałem się, usta moje już nie wymawiały słów modlitwy, tak często niegdyś powtarzanych, a które przynosiły mi pociechę i ukojenie.