Pragnąłem wolności, a zarazem instynktownie jej się obawiałem. Przeczuwałem, że od chwili, gdy przekroczę progi więzienia, jakieś fatum będzie mnie prześladować i że czeka mnie straszny los.

Ach, te przeczucia... Już wówczas miałem wrażenie, że jestem jedynym z tych ludzi, którzy przez jakieś siły wyższe z góry są skazani na ciągłe nieszczęścia i zagładę.

Miałem powody tak myśleć. Na przykład tak wczesna śmierć matki. Gdyby ona żyła, kto wie, czy bym doszedł do takiej ruiny. Jeden ten wypadek pociągnął inne, coraz to gorsze w swoich skutkach. I tak przez szereg długich lat.

Te słowa na przykład piszę, siedząc nie w wygodnym fotelu lub krześle, nie w pokoju według własnego smaku urządzonym, ani w ogrodzie, czy też na łonie przyrody, gdzieś w lesie lub nad rzeką... nie, piszę je, znajdując się w domu „rozmyślań”, w domu, w którym właściwie człowiekowi wszystko odebrane oprócz rozkoszy, nie... oprócz męki myślenia, to jest tego, czego już właściwie odebrać nie jest w stanie żaden najbardziej wyrafinowany system pozbawienia człowieka darów danych mu przez naturę.

Gdy teraz zaczynam kontrolować w myślach swoją przeszłość i odgrzebywać sceny z mojego dzieciństwa, bądź też z lat młodzieńczych, sam się dziwię, jak będąc wychowany w atmosferze bądź co bądź moralnej, gdzie siódme Boskie przykazanie było ściśle przestrzegane, mogłem stać się tym, kim jestem...

Sam nie wiem, w jaki sposób zostałem podłym zbrodniarzem, za którego się obecnie sam uważam, pomimo że do dnia dzisiejszego szlachetniejsze porywy we mnie nie wygasły. Ach życie! Życie!... Jaki gorzki jest napój w kielichu, który dla mnie przeznaczono i zapewne nie pofolguje los, aż nie wypiję go do dna.

Zresztą dość tej filozofii. Na czym to ja się zatrzymałem? Aha! Czekałem na zwolnienie, którego się i doczekałem.

Jeden z dni wytężonego oczekiwania i kolejno następującego po nim zwątpienia stałem u drzwi swej celi. Nagle usłyszałem wywołanie mojego nazwiska. Zelektryzowało mnie. Sądziłem, że się przesłyszałem. Wszak przez ten ostatni tydzień stale mi się wydawało, że wywołują moje nazwisko. Ale nie, po raz drugi dokładnie już usłyszałem, że mnie wołają.

Serce z radości o mało nie wyskoczyło. „Wolność! — huczało w uszach. — Więc za chwilę mnie tutaj nie będzie”. Ostatnim spojrzeniem objąłem swój grób z mocnym postanowieniem, że już nigdy, przenigdy tutaj nie wrócę...

Nawet mi na myśl nie przyszło, że w podobnych grobach nie tylko tygodnie, ale długie lata... ba, połowę swego życia będę przechowany...