Usłyszałem wyraźnie zbliżające się kroki. Wstrzymałem oddech. Nie, nie mylę się. Zatrzymały się u moich drzwi. Odskoczyłem ku oknu. Zgrzytnął klucz i... w progu ukazał się klucznik.
— Zabrać wsio swojo82 i marsz! — zarecytował. — Skoryje83! — krzyknął, widząc, że się nie ruszam z miejsca. Spróbowałem go jeszcze spytać, czy to na wolność.
— Nie znaju84 — odparł.
Zrozumiałem, że tak jest, gdyż następnie odebrali ode mnie więzienną bieliznę z workowego płótna.
Już wtedy zauważyłem, że dozorcy więzienni niechętnie wypuszczają swoich wychowanków. W późniejszym czasie jeszcze bardziej utwierdziłem się w tym przekonaniu.
Zaprowadzono mnie do kancelarii. Tam mocno się przeląkłem, gdyż oddano mnie w ręce konwoja. Ten pośpieszył mi oznajmić, że idziemy do policmajstra. Gdy go także zapytałem, czy zostanę zwolniony, otrzymałem znowu odpowiedź: „nie znaju”.
W mej głowie znowu różne wirowały myśli. Nie umiałem sobie tego wytłumaczyć. „Do po-lic-maj-stra!” — powtarzałem. Ten wyraz nic nie wyjaśnił. Co to za jeden być może ten policmajster?
Wszelkie przypuszczenia kotłowały się wówczas w mojej „frajerskiej” głowie. Nieobeznany jeszcze byłem z aparatem sprawiedliwości.
Po drodze rozglądałem się po ludziach, swobodnie kroczących chodnikami. Radowała mnie myśl, że znów będę należał do tych wolnych ludzi, rozporządzających sobą według własnej woli i upodobania. Znów będę jadał w domu smaczne, koszerne potrawy, których prawie dwa miesiące byłem pozbawiony. Tu dopiero pomyślałem o swym ubiorze.
Wyglądałem strasznie. Miałem na sobie jakieś tranty85. Buty podarte, posklejane z licznych kawałków. Gdybym przynajmniej miał swój płaszcz. Ale i ten zabrał Beniek za sto trzydzieści kawałków cukru. Gorzałem ze wstydu. Ale cóż robić?