W końcu drogi byłem bliski omdlenia. Było mi gorąco i duszno. Z trudnością oddychałem, tak mi to wszystko było nieznośne, iż w duchu prosiłem Boga o jakiś cud, chociażby miała to być kolejowa katastrofa. Zdawało mi się, że wszyscy ludzie są moimi wrogami.
Tej drogi z więzienia do domu pod czułą opieką ojca zapewne już nigdy nie zapomnę. Tyle wstydu nigdy jeszcze ani przedtem, ani potem nie przeżyłem.
A i zaprawdę byłem wtedy jeszcze zdolny się wstydzić... W późniejszym życiu w coraz mniejszym pojawiało się to stopniu.
Tak, tak... biedny mój ojciec zapewne sądził, że w ten sposób obrzydzi mi występne życie. Taktyka ta wszakże minęła się z celem i raczej przyspieszyła zrządzenie losu.
Życie w domu po tym, co zaszło, przedstawiało się dla mnie nie do pozazdroszczenia. Więzienie wobec tego, co mnie czekało, było niczym. „Teraz dopiero zaczęło się dla mnie piekło” — myślałem.
Nie zapomniałem też i o karze cielesnej, która mnie, jak byłem pewny, nie ominie. Dreszcz mnie po skórze przeszedł na samo wspomnienie o gniewie ojca.
Wobec takiego położenia, czyż trzeba się dziwić, w jakim kierunku popłynęły moje myśli? Niekoniecznie trzeba być tchórzem, by się bać takiej sytuacji, w jakiej ja się wówczas znajdowałem.
W tak gorzkich rozmyślaniach przyjechałem do domu.
XXVI
Każdy patrzył tu na mnie jak na wilka. Na ulicy wytykano mnie palcami. W miasteczku zaraz po moim przybyciu zawrzało jak w ulu. Różni znajomi pod pretekstem jakiego bądź interesu, często gęsto zaglądali do nas, byle tylko mnie oglądać. Ojciec przyjął za zasadę każdemu z osobna opowiadać o swoim nieszczęściu. Co gorsze, w domu pilnowano mnie na każdym kroku, bym czego — jak oni mówili — nie ściągnął. Przy wspólnym stole do obiadu zabronili mi siadać, gdyż tak postanowił ojciec.