— Nie chcę go widzieć na oczy — mówił.
Spożywałem więc mój posiłek w kuchni. Macochy, pomimo iż starała się być dla mnie dobra, nienawidziłem. Zresztą przyczyny tego nie zdołałem wytłumaczyć. Nieprzyjazne względem niej uczucie powstało samorzutnie. Ta obca mi kobieta zajęła miejsce ubóstwianej matki — tu chyba trzeba szukać początku.
Brat i siostra patrzyli na mnie, jakby wątpili, czy rzeczywiście ja jestem ich rodzonym bratem.
Począłem stronić od wszystkich. Większą część dnia spędzałem sam. Lubiłem jeszcze też zachodzić do pokoju, gdzie leżała mała siostrzyczka. Tam, przy jej kolebce spędzałem nieraz po kilka godzin. Kochałem ją całą pełnią braterskiego uczucia. Ta bowiem jedna nie umiała jeszcze nienawidzić.
Na mieście zupełnie się nie pokazywałem ze wstydu. Dawni moi koledzy stronili ode mnie. Życie takie stawało się nieznośne. Toteż coraz częściej zastanawiałem się nad tym, jakby tu co ukraść i uciec. Lecz mieli mnie zawsze na oku.
Pewnego dnia zauważyłem, jak mi się zdawało, że nie zwracano na mnie uwagi, po cichutku prześlizgnąłem się do pokoju, gdzie w komodzie zwykle były przechowywane pieniądze.
Zanim wszakże tam zdążyłem wejść, głuchoniema służąca takiego narobiła hałasu, iż musiałem co rychlej znikać. Nie przypuszczałem, że nawet ona jest zdolna do sprawowania nade mną nadzoru.
Upłynęło kilka tygodni. Ojciec po dawnemu był dla mnie nieprzejednany.
Postanowienie zrealizowania kradzieży i ucieczki coraz bardziej się we mnie potęgowało. O niczym innym nie myślałem. Czekałem tylko sposobności, wreszcie pewnej soboty postanowiłem ponownie spróbować szczęścia.
Wybrałem sobotę, gdyż wiedziałem, iż w ten dzień ojciec nie nosi przy sobie pieniędzy. W tym zaś wypadku miałem jeszcze i tym ułatwioną orientację, iż w piątek wieczorem udało mi się podejrzeć, jak ojciec, przebierając się, wsunął portfel pod materac.